Czarnobyl

Published by Księżna on ndz., 06/09/2013 - 21:51 in

Tags 

Ukraina, Europa

To słowo, u ludzi z lat 80-tych, do dziś budzi dreszcz. Pamiętam, gdy jako chłopiec wraz z rodzicami, na czarno białym telewizorze, z trwogą oglądaliśmy filmy dokumentalne o tej tragedii. Obrazy ludzi ubranych w przerażające, nieludzkie kombinezony, biegających w koło, jakby uciekali przed niewidzialnym wrogiem, mam w głowie do dziś. A w ustach smak jodyny, do podania której staliśmy w długiej kolejce do przychodni w niedzielne popołudnie.

Obrazy te odżyły, gdy w 2010 roku stanąłem oko w oko z złowrogim sarkofagiem reaktora. Przebywanie na terenie strefy zamkniętej Czarnobyla było jak zwiedzanie chaotycznego muzeum, tyle że autentycznego, gdzie historia sprzed 27 lat opowiada się sama.
Zacznijmy od opisu co się tam stało.

Historia

Reaktor jądrowy, to nic innego jak wielki zbiornik wody, w którego wnętrzu znajdują się bloki grafitu i rurki wypełnione uranem. Rurki wkłada się do reaktora raz na kilka lat, a gdy tylko znajdą się w wodzie, rozpoczyna się w nich proces rozpadu promieniotwórczego. Przez kolejne lata, beż żadnych dodatkowych środków, będą same z siebie wydzielać ciepło i podgrzewać wodę w reaktorze, niczym zwykły kocioł na węgiel. Woda się gotuje, zamienia w parę, para napędza turbiny, a te produkują elektryczność jak w konwencjonalnej elektrowni. I tak oto reaktor to puszka, z której bez końca można wyciągać darmową energię. Jest tylko jeden warunek – w raz uruchomionym reaktorze, wodę chłodzącą trzeba pompować bez przerwy. W przeciwnym razie temperatura uranu będzie ciągle wzrastać. Do momentu, aż osiągnie tą panującą wewnątrz słońca. Ale to tylko teoria, w praktyce nikt nigdy nie przewidział, i na szczęście nie przetestował co stać się może z przegrzanym reaktorem. No chyba że jesteśmy w ZSRR.

W nocy 26-go kwietnia 1986 w Czarnobylu, partyjny aparatczyk zamarzył sobie zabłysnąć przed dyrekcją i kolektywem elektrowni im. Lenina. Jako kierownik nocnej zmiany, zamierzał przeprowadzić test „co się stanie jeśli stracimy zasilanie w elektrowni i pompy wody staną”. Test tak niebezpieczny, tak zbrodniczo głupi, że starsi inżynierowie odwlekali go w czasie, jak mogli. Rozumieli jakie mogą być skutki. Lecz nasz bohater tego nie wiedział (niektóre źródła podają że ukończył „korespondencyjny kurs fizyki jądrowej”) Natomiast co z pewnością wiedział i wierzył, iż to prawa natury powinny się podporządkować woli ludu pracującego miast i wsi, a nie na odwrót. Dlatego polecił wyłączyć turbiny generujące prąd i zatrzymać pompy chłodzące. I się zaczęło…

Skoro woda chłodząca przestała płynąć, to reaktor zaczął się rozgrzewać. W kilkadziesiąt sekund osiągnął temperaturę topnienia stali. Pręty się topiły, woda wrzała, grafit się palił, a do tego zaczął się wytwarzać wodór. Kilkanaście sekund później wodór wybuchł, jego siła rozerwała 6-cio metrowej grubości betonowe ściany budynku.
Radioaktywne wnętrzności reaktora wystrzeliły w niebo i w przeciągu kilku sekund wyemitowane zostało skażenie radioaktywne, ilościowo równe temu, jakie pozostawiły po sobie wszystkie pięćset eksplozji broni atomowej, przeprowadzone przez poprzednie lata na ziemi (Energia jądrowa wczoraj i dziś G. Jezierski). Należy zaznaczyć że był to zwykły wybuch ciśnieniowy, a nie jak niektórzy błędnie interpretują, wybuch nuklearny.

A wybuch to był dopiero początek. W kraterze który pozostał po budynku reaktora pozostawało wciąż 1900 ton palącego się, radioaktywnego grafitu i rozpalone do czerwoności elementy paliwowe, zawierające 180 ton uranu. Ten ani myślał przestać się rozgrzewać. Budynek reaktora, niczym wulkan, emitował wciąż więcej i więcej skażenia do atmosfery. Zanim wszystko by się wypaliło, zdążyłoby obrucić Europę i pół Azji w promieniotwórczą pustynię. Koszmarne pytanie, postawione przed każdym fizykiem jądrowym, inżynierem i generałem w kraju brzmiało: to w jaki sposób, towarzysze, ugasić ten wulkan? Ugaszenie prawdziwego wulkanu, chociaż niewykonalne, byłoby i tak pestką w porównaniu z zadaniem zapanowania nad sytuacją w elektrowni. Bo jak tu gasić, gdy każdy, kto zbliży się i tylko zajrzy do krateru reaktora, po kilku sekundach dostaje śmiertelną dawkę promieniowania?

Posłużono się śmigłowcami, które nadlatywały nad krater i zrzucały do środka worki z piaskiem i ołowiem, by zadusić promieniowanie i reakcję jądrową. Za nimi przyszedł czas na „bioroboty”- żołnierzy w prowizorycznych strojach ochronnych, obwinięci arkuszami ołowiu, którzy rękami zbierali odłamki promieniującego grafitu z całej okolicy. Wreszcie, ekipa budowlana przerzuciła nad jamą reaktora prowizoryczny budynek, zwany od tej pory sarkofagiem, który zamknął i zabezpieczył resztę materiałów radioaktywnych przed światem zewnętrznym. Teren wokół elektrowni ewakuowano, uprzątnięto i wytyczono 30-sto kilometrową strefę zamkniętą. Wtedy wreszcie, po 7 miesiącach walki, 600 tysięcy żołnieży i robotników zaangażowanych bezpośrednio w likwidację katastrofy odetchnęło z ulgą. I trzymało kciuki, żeby pozostałości reaktora stały tak całą wieczność i nikt ich już nigdy dotykać nie musiał.

Młodzi operatorzy z tej feralnej nocy, przez kilka tygodni po wybuchu, umierali w męczarniach na chorobę popromienną, gdy tkanki ich ciał rozpadały się na bezkształtną biomasę. To samo stało się ze strażakami, którzy zaraz po wybuchu przyjechali do pożaru (*). Łącznie 31 ofiar katastrofy. Do tej liczby dodać należy pilotów śmigłowców, żołnieży i likwidatorów, którzy nie są ujęci w oficjalnych statystykach. Po latach, szacuje się, że bezpośrednio na chorobę popromienną, zmarło 4 tys. osób (link). Jednak wojsko mierzy się własnymi statystykami, i o nich przy okazji Czarnobyla nikt dziś nie wspomina. Jak na ironię, sprawca całej tragedii, przeżył, został skazany na 10 lat wiezienia, gdzie przeszedł nawrócenie, i resztę życia spędził rozgłaszając że to nie on jest winny tylko sowieci i ta wstrętna technologia jądrowa.

Tak wyglądała najbardziej bohaterska bitwa stoczona i wygrana przez państwo sowieckie. Bitwa z niewidzialnym, jednak przerażającym wrogiem. Chociaż nie dało się sportretować go na wojennym plakacie, jego trwoga i perfidia daleko wyprzedzała najeźdźcę hitlerowskiego. A to dlatego, że promieniowanie niszczy w nas to, co najbardziej ludzkie- nasze DNA.

Początek

Ciągnęło mnie w to miejsce od dawna. Zobaczyć na własne oczy jak wyglądają te tereny dziś, scenerię tamtych wydarzeń. Kierowany zawodowym zboczeniem chciałem również osobiście ocenić wpływ promieniowania na tamtejszy teren i przyrodę. Wreszcie, odwiedzić Prypeć, miasteczko ewakuowane zaraz po tragedii, do dziś pozostające miastem-widmem.
Strefa zamknięta Czarnobyla, zamkniętą jest tylko z nazwy. Po pierwsze dlatego, że w elektrowni i jej przyległych terenach nadal pracuje kilka tysięcy osób. Zajmują się dozorem i bieżącym utrzymaniem terenu. Po drugie: teren ten był zawsze za specjalną zgodą dostępny dla naukowców i studentów. A od końca lat 90-tych, również dla ograniczonego ruchu turystycznego. Jest kilka biur podróży na Ukrainie, które za rozsądną cenę (~150EUR) oferują jednodniowe wypady do Czarnobyla.

Plan odwiedzenia Czarnobyla wyklarował się przy okazji pobytu z grupą znajomych w Kijowie. Zawiązała się trzyosobowa ekipa ekspedycyjna, utworzona według. kluczowych kwalifikacji. Po pierwsze przewodniczka-tłumaczka języka rosyjskiego. Dziewczyna, która każdym dniem udowadnia, że gdzie diabeł nie może, tam kobietę pośle. Po drugie, ekspert od broni, na wyprawie odpowiedzialny za walkę elektroniczną oraz dokumentację zdjęciową. Po trzecie ja – z zadaniem wywiadu teoretycznego, oceny ryzyka i dbania, byśmy już na miejscu, nie napromieniowali się za mocno.

Przedsmakiem była wizyta w muzeum Czarnobyla w Kijowie, głównie poświęcone bohaterskim „likwidatorom” . W ekspozycji „dla odważnych” prezentowany jest zdeformowany promieniowaniem płód myszy w formalinie.
Następnego dnia wycieczka zaczynała się bladym świtem z majdanu niepodległości w Kijowie. Na miejscu dołączył do nas jeszcze Niemiec, Anglik, dwóch Holendrów i portugalska piękność w szpileczkach. Zapakowaliśmy się do busika i ruszyliśmy 100 km na północ ku Czarnobylowi.

Zona i Czarnobyl

Po dwóch godzinach jazdy poprzez zabite dechami wioski, krajobraz pustoszeje. Od tej pory tylko pusta droga, kilometry łąk i lasów. Jest sielsko, do momentu gdy na drodze pojawia się szlaban - pierwszy punkt kontrolny. Znaczy dojechaliśmy do granicy strefy, jesteśmy 30km od reaktora. Na miejscu tak jak na przejściu granicznym, kontrola paszportów, i skrupulatne porównanie uczestników z listą obecności. Po chwili ruszamy dalej. I znów lasy, lasy i pusta droga. Nic niezwykłego, żadnych dwugłowych jeleni tudzież leśnych skrzatów. Docieramy do Czarnobyla – miasteczka 18 km od reaktora, od którego elektrownia wzięła nazwę. I tu znów zaskoczenie – troszkę pusto na ulicach, jednak miasto jest zdecydowanie zamieszkałe, można dostrzec gdzie niegdzie ludzi i przejeżdżające samochody. Nic dziwnego, mieszka tutaj ciągle przeszło 4 tysięczna załoga elektrowni, zmieniają się w 15-sto dniowych turach. Na pierwszy rzut oka normalność. Jedno tylko zwraca uwagę- wzdłuż każdej ulicy, tuż nad ziemią, ciągną się prowizoryczne rurociągi. Jak zostało nam wyjaśnione, to po prostu instalacje wody, gazu i centralnego ogrzewania, które normalnie biegłyby pod ziemią. Ale tutaj, ze względu na skażenie, kopać rowów nie można, więc rury biegną sobie niczym młode roczniki w wojsku- na wysokości lamperii.

My zostajemy wysadzeni przed budynkiem centrum monitoringu, i powitani przez czekającego na nas przewodnika. Alosza, jest przesympatycznym Ukraińcem. Na co dzień pracownik zony, jako jeden ze swych obowiązków służbowych ma opiekę nad zwiedzającymi. Zabiera nas do świetlicy, gdzie opowiada o historii tego miejsca, pokazuje plakaty i mapy okolicy. Najważniejszym punktem jest szybkie szkolenie BHP, zapoznanie się z regulaminem i podpisanie disclaimera: „Będąc w pełni władz umysłowych wiem na co się decyduję i nie będę miał o nic pretensji do pracowników zony” czy jakoś tak… Po podpisaniu wszyscy zostają w nagrodę zaproszeni do stołówki pracowniczej na pyszny barszcz ukraiński. Posileni, pod czujnym okiem Lenina, wciąż dumnie spoglądającego z pomnika przy głównej ulicy, idziemy obejrzeć monument poświęcony pamięci wspomnianych strażaków, poległych w walce z dziwnym ogniem, oraz ekspozycję sprzętu używanego przy likwidacji. Sprowadza się to do trzech transporterów opancerzonych, które używane były do zwiadu i rozpoznania skażeń, a które dziś zostały zaparkowane na boisku szkolnym. Ale to tylko taki pic na wodę, bo prawdziwe cmentarzysko sprzętu znajduje się tuż za miastem.

Wszystkie napromieniowane pojazdy, używane tuż po wybuchu do sprzątania i budowy sarkofagu, zostały porzucone na miejscu, niemożliwe byłoby je odkazić. Dziś tysiące ciężarówek, autobusów, dźwigów itd., stoi i rdzewieje na skrawku ogrodzonego terenu. A pośród nich takie smaczki jak największe śmigłowce świata, użyte do zasypywania reaktora piaskiem. To jeden z najbardziej przejmujących pomników tej tragedii. Niestety jest rozkaz, by zwiedzających trzymać jak najdalej od tego miejsca. Podobno z powodu zbyt wysokiego skażenia. Nieoficjalnie – wszystko jest sukcesywnie cięte i sprzedawane na złom, i lepiej żeby świadków przy tym nie było. Ale nie czas na dreptanie w miejscu, czas ruszyć ku naszemu przeznaczeniu.

Blok nr 4

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku reaktora. Trzeba nadmienić, że cała elektrownia, w dniu wybuchu, posiadała cztery czynne reaktory, oraz dwa kolejne w trakcie budowy. Ta została zatrzymana w dniu tragedii, i właśnie mijamy zamrożone w bezruchu dzwigi budowlane, nad ogromnymi betonowymi budowlami. A za zakretem, wyłania się już złowroga sylwetka. Zostało jeszcze kilka kilometrów, ale kierowca posłusznie zatrzymuje się na szczycie wału przeciwpowodziowego, dobry punkt widokowy do zdjęć. Feralny reaktor miał numer 4, razem z reaktorem nr 3, współdzielił jeden budynek, oraz przyległą do nich halę turbin. Widać je już wyraźnie, jak również sarkofag, oraz charakterystyczny, biało-czerwony komin, ktorego zdjęcia obiegły cały świat. Jedziemy dalej.

Chociaż teren elektrowni jest najskrupulatniej strzeżony, to na jedno skinienie naszego przewodnika, szlaban otwiera się -wjeżdżamy do środka. Teren zupełnie nie przypomina chaotycznego placu budowy sprzed lat. Wszystko jest uporządkowane, trawka rośnie wzdłuż asfaltu a wkoło dziesiątki pracowników elektrowni. Chwilę później, nasz busik zatrzymuje się na schludnie wybrukowanym skwerku. Wysiadamy, i widok aż ściska gardło- tuż przede mną wznosi się 67-mio metrowa, betonowa ściana sarkofagu. Jesteśmy w epicentrum tragedii, 200m od reaktora. Poza sarkofagiem, przed nami reaktor nr.3, obok budynek kontrolny, oraz hala turbin. To właśnie po dachach tych budynków biegały „bioroboty”. Im wolno było na dachu przebywać przez jedną minutę. Ja też uświadamiam sobie, że gdybym stał w tym miejscu gdzie stoję, tuż po wybuchu, to po ośmiu sekundach uzyskałbym taką dawkę promieniowania, jaką pracownik szpitalnego roentgena dostaje w rok. Po dwóch minutach miałbym już kataraktę, po pięciu twarz zaczęłaby szczypać od poparzeń. W 10 minut wchłonąłbym dawkę, która wywoła białaczkę w późniejszych latach. Pół godziny wystarczyłoby do uszkodzenie szpiku, i zgonu w przeciągu dwóch tygodni. Nie będę wyliczał dalej…

Tym bardziej niepojęte jest, jak w tamtych warunkach udało się sarkofag w ogóle zbudować. Nie było mowy o pracy brygad budowlańców. Zamiast tego, 70-cio metrowe stalowe belki, układane były przy pomocy zdalnie sterowanych dźwigów i robotów. A ich operatorzy oglądali wszystko przez lornetki. Pomimo takich trudności, sarkofag udało się ukończyć w rekordowym czasie 3 miesięcy. Niestety kosztem precyzji i jakości. Dlatego dziś mówi się, że jego projekt był inżynieryjnym geniuszem tamtych czasów. Wykonanie natomiast - największe partactwo w historii budownictwa. Na budowli widać też ząb czasu. Całość ma na sobie ogromne, rdzawe zacieki, a z czerwonej farby na kominie nie pozostało już nic. Stabilność konstrukcji po latach również zaczęła być problemem, i sarkofag zaczął realnie grozić zawaleniem. Dlatego niedawno, od strony gdzie stoimy, dobudowano kratownicę, która przejęła część obciążenia. Przy mnie krzątali się tam jeszcze robotnicy.

Tak to wygląda od zewnątrz. Wnętrze sarkofagu natomiast jest nie odwiedzane przez człowieka od 1988 roku. Drzwi są zaspawane, i tylko z zainstalowanych kamer wiadomo, że do środka wdziera się woda deszczowa. Co tak naprawdę dzieje się w środku, w jakim stanie są tony paliwa jądrowego, jest zagadką. Kto wie, może nawet w środku swoje skarby trzymają Transformersi. Można by tak rozmyślać jeszcze długo. Wszyscy stoją w milczeniu, mierząc wzrokiem ogromną budowlę. Nastrój chwili zakłócany jest tylko ciągłym piszczeniem alarmów w amatorskich licznikach Geigera, które wzięło ze sobą kilku uczestników wycieczki. Każdy robi jak najwięcej zdjęć, i ruszamy dalej.

Prypeć

Do tej pory, zwiedzane przez nas miejsca, skupiały się na samym wybuchu, likwidacji jego skutków i śladach jakie pozostały do dziś. Ostatni punkt wycieczki ma za zadanie oddać bardziej ludzki aspekt całej tragedii. Miasteczko Prypeć, zlokalizowane 2 km od elektrowni, było wybudowane specjalnie dla załogi elektrowni i ich rodzin. Coś jak polska Nowa Huta. W feralną noc wybuchu, wszyscy widzieli ze swoich okien, że dach reaktora zniknął, a ciemność nocy rozświetlana jest niebieską łuną, bijącą z niego pionowo w niebo. Pomimo to, rankiem życie toczyło się normalnie. Nikt specjalnie nie przejmował się wzmożonymi patrolami policji i wojska na ulicach. Tymczasem poziom promieniowania rósł tak szybko, że brakowało skali na wojskowych dozymetrach. Władze, po jednej dobie, zdały sobie sprawę, że sytuacja w elektrowni i miasteczku jest nie do opanowania. W niedzielę, o godzinie 10 rano, zarządzona została tymczasowa ewakuacja. Każdy miał wyjść przed swój blok, z małym bagażem podręcznym, i wsiąść do podstawionych autobusów. Już o godzinie 14, kolumna 1200 autokarów wyjechała główną ulicą poza rogatki miasta. Czterdzieści tysiącom ludzi, nakazano pozostawić swoje domy i uciekać, nie wiadomo przecz czym. Wtedy jeszcze nikt z nich nie wiedział, że nigdy do tych domów nie wrócą.

Ta opowieść, oraz nagrane na taśmę filmową sceny ewakuacji, działają na wyobraźnię o wiele mocniej, niż fakty na temat samego wybuchu. O wiele łatwiej jest wczuć się w sytuację tych normalnych, wysiedlonych ludzi, niż pojąć niebezpieczeństwa jakim poddawali się likwidatorzy tuż obok. Dlatego wysiedlony Prypeć, dziś miasto-widmo, jest wciąż najbardziej obrazowym, najbardziej przejmującym pomnikiem tamtej tragedii.
Do Prypeci docieramy po około 5 minutach od momentu opuszczenia terenu reaktora, są tak blisko od siebie. Na początku nawet nie zdajemy sobie sprawy, że do miasta wjechaliśmy. Główna arteria wjazdowa, jest tak obrośnięta dawno nie przycinanym kordonem drzew, że trudno zza nich dostrzec bloki mieszkalne. Ale docieramy do centralnego placu. Dom kultury na środku, a po bokach dwa najwyższe budynki – hotel i budynek partii. I…. cisza…. martwa cisza. To kompletnie surrealistyczne doświadczenie. To wrażenie wbrew naszym zmysłom. Oczy widzą bloki i ulice, umysł spodziewa się przejeżdżających samochodów, a tymczasem w uszach gwiżdże tylko cisza…

Po chwili zaskoczenie mija, zastępuje go ekscytacja. Chcemy wejść do każdego budynku, obejrzeć każde porzucone mieszkanie, by jeszcze lepiej zrozumieć tragedię ewakuowanych ludzi. Zaczynamy od domu kultury. Budynek ten, jak i każdy inny jest w kompletnej ruinie. Nie uchowała się ani jedna szyba w oknach, dach przecieka, a podłoga zarzucona jest tynkiem spadającym ze ścian. Drepczemy po szkle, gruzie i śmieciach, jakichś kawałkach odbiorników radiowych itp. Gdzie niegdzie zachowały się malunki na ścianach. A w centralnym punkcie sali gimnastycznej, poprzez parkiet przebiło się i rośnie w najlepsze drzewo! Jest to najjaskrawszy przykład na to, że natura powoli odzyskuje kontrolę nad tym terenem. Wychodzimy z budynku przez framugi balkonowe, wprost na plac wesołego miasteczka. Dziś przerdzewiały, zastygły w bezruchu diabelski młyn robi naprawdę demoniczne wrażenie. Punktem kulminacyjnym jest liceum. By się do niego dostać, musimy przejść ścieżką, która już prawie całkowicie zarosła krzewami, i musimy się przedzierać przez zarośla. Rozgarniając gałęzie można się gdzie niegdzie natknąć na portret Lenina, wciąż widniejący na słupach ogłoszeniowych. Szkoła jest jednym z najbardziej interesujących obiektów. A to dlatego że jest wypełniona sprzętami które pozostały tak, jakby w poniedziałek miały się normalnie zacząć lekcje.

Są gazetki szkolne na korytarzach, mapy i plansze wciąż wiszą w salach lekcyjnych, a gdzie niegdzie zeszyty na ławkach. W wielu salach widać że dzieci przygotowywały się do obchodów święta pierwszomajowego. Rozłożone były świeżo namalowane plakaty na cześć ludu pracującego. W szkole najlepiej też widać wyniszczenie spowodowane czasem. Półki z książkami butwieją, książki i sterty papierów pokrywają podłogę w co drugiej klasie. W jednej z sal powypadały wszystkie gwoździe, i a lampy wiszą bezwładnie na samych kablach, prawie dotykając ławek. Na ścianach prawie nie ma już farby.
Tutaj mamy pół godziny czasu dla siebie, by pobuszować po całym budynku. Nasz przewodnik, zasypywany pytaniami i prośbami, że chcemy zobaczyć jak najwięcej, pokornie i cierpliwie zapewnia nas że pokazał nam najbardziej wartościowe miejsca, które są „jeszcze” interesujące.

To chyba najlepszy moment by troszeczkę odczarować to miejsce. Ono nie jest takie nietknięte jak się wydaje, gdzie sprzęty, porzucone przez mieszkańców, dalej czekają na ich powrót. Otóż, po pierwsze: mieszkańcy, w pięć lat po tragedii, mogli wrócić na chwilę do swoich mieszkań, zabrać najwartościowsze przedmioty osobiste, a nawet meble, o ile tylko nie były zbyt mocno skażone. Za nimi, każdy budynek został przeczesany przez pracowników zony, w poszukiwaniu użytecznych przedmiotów. Dlatego np. w szkole nie znajdziemy już krzeseł, umywalek, armatury, a nawet muszli sedesowych. Po trzecie, tabuny turystów dopełniły dzieła. Dlatego pomimo naszym namowom, przewodnik wyperswadował nam odwiedziny mieszkania w bloku. A może po prostu nie chciał. Wchodzenie do niektórych miejsc nie ma sensu, do niektórych jest już niemożliwe. Kiedyś, punktem obowiązkowym każdej wycieczki było wejście na dach 15sto piętrowego hotelu. Stamtąd, rozciąga się widok na całe miasteczko. Widać również, jak blisko znajduje się reaktor i cały teren elektrowni. Dziś betonowy strop tak nasiąkł wodą, że wejście na niego 10-cio osobowej grupy groziłoby zawaleniem. Lub znów, tak tylko zostało nam powiedziane.

Dla mnie największym przegięciem okazały się być maski gazowe. Otóż, w szkole, po podłodze, wala się setki masek gazowych dla dzieci. Tak, jakby w czasie ewakuacji, chaotycznie wręczano je każdemu. Ale zaraz, zaraz, wybuch wydarzył się w sobotę, a ewakuacja w niedzielę. Więc dzieci nie siedziały na lekcjach, a z pewnością nie w maskach gazowych. W ogóle nikt w maskach po mieście nie chodził, by nie siać paniki. Na strychu szkoły znalazłem skrzynie wypełnione maskami. Prawdopodobnie miały służyć do zajęć z przysposobienia obronnego. Widocznie jeden z domorosłych S.T.A.L.K.E.R.’ów (gra komputerowa) znalazł te skrzynie wiele lat temu i rozrzucił maski po podłodze żeby dodać klimatu. Dziś, gdy widzę w internecie jakieś smutne zdjęcie, przedstawiające otwarty zeszyt i pióro w kałamarzu, czekające na powrót ewakuowanego dziecka, nie mam złudzeń – to inscenizacja. I to strasznie wkurza, gdy widzi się dziesiątki takich przykładów tam na miejscu.
Kiedy wychodzimy ze szkoły, dzień ma się ku końcowi, tak jak i nasza wycieczka po tych nowożytnych Pompejach. Na szczęście, na szlabanie wyjazdowym z Prypeci, znów dzięki obecności przewodnika, nie byliśmy rewidowani pod względem posiadanych „suwenirów” w kieszeniach. Wracamy do ośrodka w Czarnobylu, by odbyć indywidualną kontrolę skażenia radioaktywnego. Po czym żegnamy się z Aloszą, i busikiem udajemy się z powrotem do Kijowa.

Podsumowanie

Tak oto wyglądała wyprawa spod znaku „turystyki ekstremalnej”. Chociaż trwała tylko jeden dzień, to ilość wrażeń odpowiada tygodniowemu pobytowi w Barcelonie. Ewentualnym zainteresowanym odwiedzaniem strefy zamkniętej, muszę powiedzieć, iż trzeba się śpieszyć. Czas, warunki, a przede wszystkim działania rządowe sprawiają że miejsce zmienia się z dnia na dzień. Szczerze mówiąc, takiego Czarnobyla jaki ja widziałem w 2010 roku, dziś nie zobaczy już nikt. Właśnie rozpoczął się ostatni etap budowy nowego sarkofagu. Jest to gigantyczna kopuła, wzniesiona obok reaktora, która następnie najedzie na szynach kolejowych na docelowe miejsce, „połykając” cały poprzedni budynek sarkofagu. By to zrobić, słynny komin trzeba będzie zburzyć. W marcu 2013, połowa kopuły jest już gotowa, a na wiosnę 2015 elektrownia będzie już zupełnie innym miejscem.

Przypominam, że mój pobyt, miał postać zorganizowanej wycieczki. Całkowity czas, jaki spędziliśmy w zonie, to około 6 godzin. To stanowczo za mało by dokładnie obejrzeć chociażby sam Prypeć. Cały czas towarzyszył nam pośpiech. Tymczasem, zona kryje jeszcze wiele tajemnic i miejsc do zwiedzenia, których nie ma w oficjalnym planie wycieczki, a które są dostępne, bo przez nikogo nie pilnowane. Jedyną alternatywą więc jest prywatna eskapada. Z odpowiednimi znajomościami, możliwe jest wjechanie do strefy własnym autem. Prace nad taką wyprawą już trwają.

Moja przewrotna, końcowa refleksja po tej wycieczce, jest następująca: Można mieć za złe, że sowieckie ZSRR było wylęgarnią patologii. Prawdopodobnie do takiej tragedii w nie-komunistycznym kraju w ogóle by nie doszło. Jednak po latach, powinniśmy być wszyscy wdzięczni losowi, że wydarzyła się ona właśnie tam. Rosyjski naród stanął na wysokości zadania walcząc ze skutkami wybuchu. Zagłębiając się w szczegóły katastrofy i jej likwidacji, uderza ofiarność, jaką wykazali się likwidatorzy. W większości młodzi poborowi, wykonywali swoje zadania z poświęceniem godnym Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, poświęceniem, którego dziś nie da się przecenić. Czy na podobną ofiarność, w obliczu próby, można by liczyć w świecie zachodnim? Czy udałoby się przebrnąć przez gąszcz przepisów BHP, związków zawodowych, i odszkodowań, w momencie gdy trzeba było działać tu i teraz? Szczerze - wątpię.

Ta katastrofa to nic innego jak symbol niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą buńczuczna głupota ludzka. Szkoda, że dziś idzie się na łatwiznę, interpretując i wmawiając opinii publicznej, że niebezpieczeństwem nie są ludzie, a sama energetyka jądrowa.
Zapewne każdy czeka jeszcze, na odpowiedź na najważniejsze pytanie: jakie tam jest promieniowanie, i jak mocno świeciłem się w nocy po powrocie? Z pełną premedytacją, w poprzednich akapitach, uchylałem się od odpowiedzi na to pytanie. Podawanie liczb i technicznych szczegółów n/t panującego tam promieniowania, zakłóciłoby tylko całą opowieść. Jeśli będzie ku temu zainteresowanie, powstanie druga część, opisująca jakie ryzyko czeka na zwiedzających strefę zamkniętą.

(*) chyba najlepiej odda to cytat z książki Czarnobylska modlitwa Swietlany Aleksiejewicz

(…)
Kiedy w czarnobylskiej elektrowni rozpoczął się pożar reaktora, na miejsce przyjechała straż pożarna. Ratownicy myśleli, że biorą udział w zwykłej akcji. Przyjechali bez strojów ochronnych, specjalistycznego sprzętu.
- Tłumili ogień, a on się rozpełzał. Podnosił. Strącali kopniakami gorący grafit. Pojechali bez brezentowych skafandrów, tak jak stali - w samych koszulach. Nikt ich nie uprzedził, wezwano ich do zwykłego pożaru - opowiada Ludmiła Ignatienko, żona Wasilija Ignatienki, jednego ze strażaków, którzy jako pierwsi pojechali 26 kwietnia do Czarnobyla.
- Ktoś mi tłumaczy: "Niech pani pamięta, że ma przed sobą już nie męża, nie ukochanego, ale obiekt radioaktywny o wysokiej gęstości skażenia. Nie jest pani samobójczynią. Proszę się wziąć w garść" - opowiada.
Mimo ostrzeżeń personelu nie zrezygnowała z opieki nad mężem. Widziała najgorsze objawy choroby popromiennej.
- Podnoszę jego rękę, a kość się rusza, chwieje, oderwała się od ciała. Kawałki płuca, wątroby wypadały przez usta. Krztusił się własnymi wnętrznościami. Owijałam rękę bandażem i wsuwałam mu do ust wszystko to, co z niego wyjmowałam. Tego się nie da opowiedzieć! Nie da się opisać! Nawet przeżyć - mówi.
Opiekując się chorym mężem, wiedziała już, że jest w ciąży. Wierzyła jednak, że promieniowanie nie zaszkodzi dziecku. Urodziła córkę, która przeżyła tylko kilka godzin.
(…)