Izrael

Published by Duch Tułaczki on sob., 09/08/2012 - 10:08 in

Tags 

Azja
Modlący się chłopiec

Niektóre wyjazdy są związane z pewnymi stereotypami, którymi jesteśmy niejako zakładnikami. Niejednokrotnie wybierając się na Bliski Wschód będziemy przestrzegani przed napiętą tam sytuacją polityczną, możliwością bycia porwanym, zabitym w zamachu, a przynajmniej oszukanym lub okradzionym. Sporo z tych rzeczy jest odzwierciedleniem przekazów prasowych lub zasłyszanych historii, niejednokrotnie mocno przesadzonych. Z drugiej jednak strony od lat są organizowane pielgrzymki do Ziemi Świętej, z których uczestnicy wracają cali i zadowoleni. Wyjazdy te są w pełni zorganizowane, bez możliwości poczucia atmosfery kraju, poznania kultury czy też zachowań ludzi. Jesteśmy skazani na sztywny program wycieczki, który prowadzi jedynie przez zabytki kultury katolickiej prawie całkowicie pomijając historię tego regionu oraz aktualne problemy.

Zamiast polskich linii lotniczych polecam wybrać izraelskie, nie ze względu na cenę lub jakość obsługi, ale przede wszystkim na poziom bezpieczeństwa. Już podczas odprawy spotkamy się z żołnierzami z ostrą amunicją, po czym będziemy musieli wypełnić kwestionariusz razem z pracownikiem lotniska. Należy pamiętać w jakim celu się udajemy do Izraela, gdzie będziemy mieszkać, kiedy wracamy i co przewozimy. By czuć się bezpiecznie w samolocie, każdy bagaż jest sprawdzany na obecność ładunków wybuchowych. Seksowną bieliznę należy raczej schować na dno torby, no chyba, że chcemy zawstydzić innych podróżnych. Podobno w każdym samolocie jest dwóch agentów Mosadu, którzy zapewniają wysokie poczucie bezpieczeństwa, natomiast wszystkie inne atrakcje w postaci napojów, koszernych posiłków, ostatnich nowości filmowych gwarantują stewardesy i stewardzi.

Chcąc wybrać miejsce noclegowe, bez wątpienia należy rozważyć centrum Jerozolimy zwane też Starym Miastem. Ja i moi kompani podróży mieliśmy jednak przyjemność skorzystania z gościnności znajomych mieszkających pod Tel-Awiwem, do którego są bezpośrednie loty z Warszawy. Po przybyciu, pierwsze co zauważyliśmy, a przede wszystkim odczuliśmy, to była wysoka temperatura, dlatego z zadowoleniem stwierdziliśmy, że wybraliśmy właściwy termin by zwiedzić ten niewątpliwie piękny kraj. Zdecydowaliśmy się na wyjazd w okresie długiego weekendu majowego, gdy w kraju nad Wisłą dopiero pierwsze promienie słońca zaczynają rozgrzewać jeszcze chłodną ziemię po zimie. Proszę pamiętać, że lato śródziemnomorskie jest zazwyczaj bardzo gorące, co może wzmagać zmęczenie podczas zwiedzania, a będziemy chodzić bardzo dużo! Wiele zabytkowych centrów miast jest położone na wzgórzach, i do pokonania będą nie tylko znaczne odległości, ale również spora liczba stromych schodów. Jeśli planujemy letni wyjazd nad Morze Martwe lub Zatokę Akaba, to lato nie będzie sprzyjać leżeniu na plaży, gdyż temperatury będą znacznie przekraczały 40 stopni Celsjusza.

Zwiedzanie rozpoczeliśmy od strożytnej Jafy, obecnie dzielnicy Tel Awiwu. Jest to jedno z najdłużej nieprzerwalnie działających miast na naszej planecie. Pierwsze osadnictwo jest datowane na 7500 lat p.n.e., a wzmianki o nim można znaleźć w egipskich manuskryptach, jak również w Biblii. Budynki i uliczki pamiętają czasy Jonasza, skąd wypływał do Tarsziszu. Miasto jak cały Izrael jest mieszaniną kulturową i architektoniczną. Wpływy imperium osmańskiego przenikają się z kulturą judaizmu, katolicyzmu oraz zabudową typową dla ery dominacji Rzymian. Walki na tych terenach toczą się nie od 50 lat jak twierdzą niektórzy, ale znacznie dłużej i są wpisane w historię tego miejsca. Nie powinien nas dziwić widok meczetu zaraz przy koszernej żydowskiej restauracji czy napotkanie ortodoksyjnego hasyda przechodzącego przez arabską ulicę.

Zwarte miejskie zabudowania, z wąskimi uliczkami, przypominają inne portowe miasta nad Morzem Śródziemnym. Stary port jest obecnie przekształcany na centrum sztuki off'owej, więc połączenie kilkutysięcznej historii miasta z nowożytnością możemy zauważyć w wielu miejscach. W ścisłym centrum nie znajdziemy zniszczonych kamienic, zdewastowanych murów przez tzw. graficiarzy, co świadczy, że ludzie tutaj żyjący, mimo znacznych różnic kulturowych potrafią między sobą żyć i szanować się wzajemnie. Wieczorny spacer sprzyja podziwianiu piękna kamieniczek, kościołów, meczetów. Roślinność pięknie wkomponowana w przestrzenie między nimi, pozwala odetchnąć, zwolnić trochę i zastanowić się nad wielokulturowością w tym przenikliwym miejscu.

Kolejny dzień zdecydowaliśmy się poświecić na zwiedzanie najsłynniejszego miasta - Jerozolimy. Wybraliśmy, że dojedziemy tam autobusem, gdyż przeciskanie się ciasnymi uliczkami i płacenie wysokich opłat za postój auta wraz z możliwymi problemami językowymi mogą pochłonąć zbyt dużo energii. Podróż trwała około godziny i odbyła się dość komfortowo. Dworzec autobusowy jest zlokalizowany w odległości, która zajmie nam maksymalnie 30 minut spokojnego spaceru. Po drodze mieliśmy okazję wejść na lokalne targowisko, gdzie obok wystawionych przepysznych arabskich słodkości, znajdowały się soczyste owoce i niezliczona ilość przypraw. Po przejściu kolejnych kilku metrów, ukazała się naszym oczom jednolita ściana z białego kamienia, miejscami wysoka na 12 metrów. Był to mur okalający Stare Miasto. Został on odbudowany w czasach imperium osmańskiego w pierwszej połowie XVI wieku. Miescami gruby na ponad 2 metry ciągnie się na długości ponad 4000 metrów okrążając miasto z jego najcenniejszymi zabytkami. Wejść można przez jedną z 8 bram. My, jako że przybyliśmy z Jafy, wchodziliśmy bramą o tej właśnie nazwie.

Stare Miasto Jerozolimy jest to niewielki skrawek ziemi o powierzchni ok. 1km2 podzielony na 4 dzielnice oraz Wzgórze Świątynne. Dzielnice te odzwierciedlają różnokulturowość tego regionu, a ich nazwy to: chrześcijańska, żydowska, muzułmańska, ormiańska. W każdym kwartale mieszkają zazwyczaj wyznawcy jednej religii, mają tam swoje główne miejsca kultu i starają się nie naruszać przestrzeni swoich sąsiadów. Zabytki natomiast mieszczą się tak blisko siebie, że bardzo prosto jest je przeoczyć. Można przejść przepiękną ulicą z dużą ilością straganów po obu stronach by nagle się okazało, że jest to Via Dolorosa, którą przemierzał Jezus z krzyżem na swych barkach. Może się zdarzyć tak jak naszej grupie, że skuszeni napisem na tablicy informacyjnej, o pierwszym chrześcijańskim kościele zdecydujemy się go zwiedzić. Miła starsza Pani opowiedziała nam historię tego miejsca. Z jej przekazu dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie tutaj odbyła się ostatnia wieczerza oraz zesłanie Ducha Świętego. Późniejsze sprawdzenie w literaturze potwierdziło, że jest to jedna z możliwych lokalizacji dla wieczernika. Niezależnie z jaką wiarą się identyfikujemy, to opowieści tam usłyszane oraz atmosfera miejsca wyzwala niesamowite emocje.

Po przekroczeniu bram do miasta ulegliśmy wrażeniu, że czas się tutaj zatrzymał kilka wieków temu, jedynie samochody i wystawy sklepowe przypominały o postępie cywilizacyjnym. Wiele osób, szczególnie ortodoksyjni hasydzi oraz mnisi nawiązywali swoimi strojami do epoki, która w Europie jest już dawno niemal zapomniana. W piewszej kolejności zdecydowaliśmy się przejść przez dzielnicę ormiańską, która jak się później okazało jest chyba najrzadziej odwiedzaną częścią miasta. Jedynymi napotkanymi osobami to byli podobnie jak my zbłąkani turyści lub mnisi patriarchatu armeńskiego św. Jakuba. Podążając dalej, często spoglądając na mapę, dotarliśmy do części żydowskiej. Niewątpliwie najbardziej zadbanej i czystej. Częsty widok dużych okrągłych kapeluszy z wystającymi z pod nich długich, kręconych pejsów już nie przykuwa naszej uwagi jak na początku. Większość ludzi porusza się w jednym kierunku - do ściany płaczu. Jest to ogromne przeżycie, zobaczyć tłum modlących się w jednym miejscu przed murem, nad którym króluje budynek meczetu Omara. Według przekazów jest to jedyna pozostałość po Świątyni Jerozolimskiej, którą środowiska ortodoksyjnych żydów chciałyby odbudować. Jedna z teorii o pojawieniu się Antychrysta na naszym padole ziemskim mówi, że stanie się to po powstaniu państawa żydowskiego i właśnie po odbudowaniu Świątyni Jerozolimskiej. Choćby z tego powodu warto śledzić rozwój wydarzeń w tej części świata.

Kolejna część należąca do wyznawców Allaha wyglądem przypomina targowisko arabskie w dowolnej części globu. Można się zaopatrzyć we wszystkie możliwe produkty, od klapek, przez krzyże, gwiazdy Dawida, przyprawy, kawałki mięsa (wiszące na hakach w temp. ok. 30 stopni), aż po owoce i przewodniki we wszystkich językach świata. Jest to bez wątpienia najbarwniejsza i najbardziej żywa dzielnica, na której uliczkach możemy zauważyć wzmożone patrole izraelskiej policji. Ostatni na naszej trasie kwartał - chrześcijański, przypomina biedne i nieciekawe zaułki krakowskiego Kazimierza z lat 90-tych - brak jakiejś specjalnej atmosfery jak w przypadku pozostałych części Starego Miasta.

Po tak intensywnym dniu należał się nam odpoczynek, dlatego obraliśmy kierunek na plaże, która znajduje się 418 metrów p.p.m. Jest to najniżej położony punkt na świecie. Morze Martwe może się podobać lub nie, ma swoich zwolenników i przeciwników. Ze względu na ogromne zasolenie wody (26%!) pływanie w tym morzu jest całkowicie niemożliwe, za to można swobodnie unosić się na wodzie niczym na dmuchanym materacu. Jednak jakiekolwiek zatarcie oka lub zanużenie zranionej części ciała wywoła ogromny ból i pieczenie, a o skaleczenie nie trudno, bo dno nierzadzko wyścielone jest ostrymi kamieniami. Mimo, że nazwa morza dosłownie oddaje jego charakter – ze względu na tak duże zasolenie nie ma tu warunku dla jakiegokolwiek życia - krajobraz jest jednak niesamowity, otaczają nas ponad 300 metrowe wzórza, których wysokość bezwzględna zostanie odczytana jako depresja. Cały region powinien być traktowany, jako martwy, gdyż oprócz hoteli i ośrodków wypoczynkowych nie znajdziemy tutaj żadnej osady. Najciekawszym doświadczeniem podczas plażowania, była obserwacja osób o dużej wyporności. Gdy już ułożyły się na wodzie, to bardzo ciężko im było spowrotem stanąc na nogi, co wyglądało jak walka zabawki bańki wstańki o przywrócenie do pozycji pionowej. Morze Martwe jest niestety zagrożone całkowitym zanikiem, tylko w ostatnich 42 latach lustro wody obniżyło się o 22 metry.

Naszym kolejnym przystankiem była Masada, starożytna twierdza położona na płaskowyżu o tej samej nazwie. Warto się zapoznać z historia tego miejsca, która była jadną z trzech ostatnich bastionów żydowskich przed najazdem rzymian w I wieku naszej ery. Jej doskonale zachowane konstrukcje świadczą jak wysoko była rozwinięta technika już 2 tysiące lat temu. Twierdza ta była w zupełności samowystarczalna, a woda była magazynowana w wielkich cysternach wydrążonych w skałach. Były one uzupełniane przez deszczówkę, która była kierowana specjalnymi kanałami do zbiorników. W obecnych czasach możemy wyjechać na szczyt koleją linową, jednak dla prawdziwych zdobywców jest wyznaczona również ścieżka, która potrafi zmęczyć nawet wprawionych piechurów.

Ostatniego dnia odwiedziliśmy Hajfę, która jest datowana na okres późnego brązu, ok. XIV p.n.e. Miasto dla przeciętnego turysty nie jest zbyt atrakcyjne, bez spektakularnych budowli, czy miejsc kultu. Wartym zauważenia jest ośrodek duchowny Baha na zboczach masywu Góry Karmel. Jest to przepięknie wypielęgnowany park, gdzie wyznawcy tej drogi życiowej mogą kontemplować. Wiele osób twierdzi, że jest to tajemna organizacja, gdyż jej przychody i działalność są zagadką nawet dla mieszkańców Izraela. Ostatnim punktem na naszej trasie były ruiny Nadmorskiej Cezarei. Raz jeszcze cofamy się do czasów Heroda Wielkiego i cesarza Wespazjana. Rzymski styl zabudowy z olbrzymim hipodromem oraz amfiteatrem mogącym pomieścić nawet 4000 osób daje wymiar wielkości tego miasta. Przepięknie zachowane i odrestaurowane budowle przypominają, że było to jedno z najważniejszych portów w cesarstwie rzymskim.

Bliski Wschód okazał się dużo bliższy niż można przeczytać w gazetach. Oczywiście, częstszy widok policji, z naładowaną bronią oraz sprawdzanie wykrywaczem metali przy wejściu do centrów handlowych czy dworców, może budzić przerażenie, jednak jest to kwestia przyzwyczajenia i po kilku dniach nie zwracamy na to większej uwagi. Ludzie, niezależnie od wyznawanej wiary, będą traktować turystę z należytym respektem i zrozumieniem. Polacy nawet mogą liczyć na wielką sympatię zarówno ze strony żydów, których spora grupa ma korzenie u nas w kraju, jak i muzułmanów, u których mamy bardzo dobrą opinię. Dla mnie osobiście było wielkim przeżyciem uczestnictwo w spotkaniu żydów wywodzących się z mojego rodzinnego miasta. Ci staruszkowie opowiadali o swoich losach - gdzie mieszkali, dlaczego i kiedy wyjechali. Każda opowieść była inna, a ich wspólnym mianownikiem była tęsknota za krajem, z którego musieli uciekać lub zostali wydaleni. Podróże pomagają nam odkrywać nie tylko nowe, dalekie miejsca, ale przybliżać również te bliskie, o których często szybko zapominamy.

 

Odnośniki