Kolej Transsyberyjska cz.II

Published by Duch Tułaczki on ndz., 11/11/2012 - 20:04 in
Kolej transyberyjska

Niemiłosiernie zmęczeni po nocnych wojażach w Rydze oraz całym dniu zwiedzania Moskwy szybko zasnęliśmy na twardych pryczach, które będą naszym azylem przez najbliższe 86 godzin! Tyle właśnie trwa podróż pociągiem na skraj Syberii i największego zbiornika słodkiej wody na naszym globie - jeziora Bajkał.

Pociąg

Pociągi w byłym związku radzieckim nie należą do cudów techniki, a ich dawno osiągnięta pełnoletność powoduje lekki uśmiech na twarzach wielu turystów. W rzeczywistości, pomimo lat wysługi, większość składów jest wygodnym środkiem lokomocji dla podróżnych. Kolej jest najbardziej rozpowszechnionym środkiem transportu wśród mieszkańców byłych republik radzieckich. Według przyjazdów i odjazdów z peronów możemy śmiało ustawiać zegarki, należy jedynie pamiętać, że na całej trasie transsyberyjskiej obowiązuje czas moskiewski, co czasami potrafi zaskoczyć. Z tego powodu uzgodniliśmy, że jedna osoba będzie zawsze miała nastawiony czas lokalny, kolejna czas moskiewski i dla komunikacji z rodzinami na ostatnim zegarku widniał czas warszawski.

Każdy wagon w pociągu posiada tak zwanego opiekuna - prowadnik'a, który dba o czystość wagonu oraz troszczy się by każdy pasażer wysiadł na właściwej stacji, z tego powodu zbiera imienne bilety zaraz po zajęciu przez nas wyznaczonego miejsca. Możemy u niego nabyć pościel na czas podróży (zawsze świeżo wyprana i ładnie zapakowana), zaopatrzyć się w herbatę lub kawę za kilka rubli. Wrzątek w każdym wagonie jest darmowy, więc możemy zrobić sobie ciepły posiłek z zupki instant. My zdecydowaliśmy się zaopatrywać tylko u babiczek sprzedających na peronach i jeść lokalne produkty. Był to wyśmienity pomysł, gdyż na stacjach mogliśmy zakupić nawet w całe (ciepłe!) zestawy obiadowe w tym przepyszne naleśniki zapiekane z mięsem. Wieczorami korzystaliśmy z własnych zapasów mocniejszych alkoholi by zdezynfekować układ pokarmowy. Jest to bardzo zalecane podczas wyjazdów do miejsc gdzie nie mamy zaufania do spożywanych produktów!

Droga mijała nam bardzo spokojnie, nawiązywaliśmy kontakty z innymi podróżnymi, którzy byli bardzo ciekaw naszych historii. Jedna pani wracała od swoich wnuków z Soczi aż pod Władywostok (8 dni w pociągu!); młody mężczyzna jechał do jednostki wojskowej; kolejna para wracała do rodziny w Irkucku... My głównie oddawaliśmy się grom karcianym oraz szachom, które cieszą się dużym respektem w tej części globu i niejednokrotnie były pożyczane innym podróżnym.

W każdym składzie pociągu jest umieszczany wagon restauracyjny, do którego zajrzeliśmy ostatniego dnia jazdy. Przemieściliśmy się podczas postoju na jednej ze stacji, gdyż przechodzenie przez 9 wagonów nie należy do najwygodniejszych. Na miejscu ujęci widokami za oknem i smakowaniem rosyjskiego piwa z dwulitrowej plastikowej butelki, ujrzeliśmy nagle naszego prowadnika. Jego twarz wskazywała na zadowolenie zmieszane ze zdenerwowaniem. Podszedł do stolika gdzie siedzieliśmy i poinformował, że policja w Krasnojarsku została powiadomiona przez kierownika pociągu o turystach z Polski pozostawionych na peronie. Jego zdenerwowanie sięgnęło zenitu, gdy zaproponowaliśmy wspólne wypicie kieliszka wódki w ramach przeprosin - musiał odmówić, jako, że był na służbie, a inni pracownicy pociągu obserwowali całe zajście. Wróciwszy do naszego wagonu, większość podróżnych zaczepiała nas, ciesząc się z naszego widoku. Był to jeden z wielu, bardzo sympatycznych momentów w przeciągu tych niemal 4 dni spędzonych w długim jak stonoga pociągu nr 44.

Buriacja

W Irkucku przywitała nas słoneczna pogoda i temperatura w granicach 5 stopni Celsjusza. Zarezerwowany hostel znajdował się 10 min piechotą od dworca kolejowego i było to prywatne mieszkanie, zaadoptowane do przyjmowania większej liczby gości, poprzez wstawienie kilku piętrowych łóżek. W środku dosyć szybko zintegrowaliśmy się z innymi podróżnymi z Argentyny, Nowej Zelandii oraz Norwegii. Niestety zamiast poprawiać naszą znajomość języka rosyjskiego, to szlifowaliśmy język angielski. Jednak najbliższą dla nas duszą w tym hostelu była Slava - recepcjonistka, sprzątaczka oraz mieszkanka tego lokum. Była to młoda dziewczyna pochodząca z Ukrainy, która w dalekiej Syberii znalazła miejsce dla siebie. Jej pomoc była nieoceniona przy znalezieniu kolejnego hostelu w Listwiance oraz zorganizowanie nam rejestracji na cały okres pobytu w Rosji.

Irkuck rozwijał się razem z koleją oraz Związkiem Radzieckim. W chwili obecnej wiele budynków straszy swoją socjalistyczną zabudową, a szerokie ulice i wielkie place przypominają o ważności tego miasta. Bardzo przypomina stolicę Białorusi - Mińsk (relacja z Białorusi). Niewątpliwie do najważniejszych miejsc dla zwiedzających jest stara część miasta z zabudową typowo buriacką. Niestety, wiele budynków jest nieremontowanych i popadają w ruinę, a warunki podłoża powodują dodatkowo opadanie terenu. Wartymi zwiedzenie są ponadto Cerkiew Podniesienia Krzyża Pańskiego, Kościół Polski oraz Cerkiew Zbawiciela przy którym znajduje się wieczny ogień, upamiętniający bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jakim mianem w Rosji określa się II Wojnę Światową.

Wieczorem siedząc na brzegu Angary (dostojna rzeka wijąca się przez środek miasta), smakując lokalne specjały i poddając sie wspomnianej wcześniej dezynfekcji, zdecydowaliśmy się wczesnym rankiem wyjechać do Listwianki - jednej z najbardziej znanych miejscowości wypoczynkowych nad Bajkałem. Dotarliśmy na miejsce przed 9 rano i poza bezpańskimi końmi i psami chodzącymi między chatami nikogo nie spotkaliśmy. Temperatura była bardzo niska, jednak nasze ciała rozgrzewał przepiękny widok na Góry Przybajkala po drugiej stronie jeziora. Przejrzyste powietrze pozwalało nam dojrzeć obiekty w odległości ponad 100km.

Pobyt w Listwiance był bardzo intensywny. Udało nam się wejść na okoliczny szczyt o wysokości niemal 729 m n.p.m. którego nazwa to Kamień Czerskiego. Jan Czerski to jeden z wielu Polaków - zesłańców, zasłużonych dla tego regionu. Cały czas towarzyszyła nam bardzo dobra pogoda i delikatnie mroźne powietrze. Około godziny 14.00, kiedy słońce znajduje się w zenicie, zdecydowaliśmy się sprawdzić temperaturę jeziora. Przebywanie w wodzie dłużej niż parę minut może prowadzić do hipotermii, dlatego też nasze pływanie ograniczyło się do kilku chwil, po czym wygrzewaliśmy się na kamienistym wybrzeżu. W krainie wiecznej zmarzliny, każdy podróżnik musi spróbować prawdziwej, rosyjskiej bani , dzięki której ciało się oczyszcza, a umysł trzeźwieje.

Będąc na Syberii należy pamiętać o lokalnym przysłowiu, które sprawdza się w całej swojej rozciągłości:

-20 to nie zima,
Sto kilometrów to nie dystans,
Sto gram wódki to nie alkohol...

Zanim opuściliśmy Listwiankę, nawiązaliśmy nowe przyjaźnie z podróżnikami z Niemiec, których jak się później okazało jeszcze kilkakrotnie spotykaliśmy na trasie. Naszym kolejnym celem było Ułan-Ude, główne miasto Buriacji. Zanim tam dotarliśmy, to przejechaliśmy najbardziej widokowy odcinek Kolei Transsyberyjskiej - Кругобайка́лка, który obecnie służy tylko turystom oraz lokalnej ludności. Widoki, oraz konstrukcje inżynieryjne - mosty, tunele, nasypy, zachwycą każdego. Pociąg zatrzymuje się kilka razy, aby można było się nacieszyć pięknem natury, a lokalna ludność może zarobić kilka rubli na sprzedaży gastronomii i pamiątek związanych z miejscową kulturą. Wartym skosztowania jest omul, ryba zamieszkująca wody tylko Bajkału, jak również Nerpa (foka), niegdyś dostawca ciepłego futra dla Buriatów. Można też kupić figurkę strażnika Bajkału - Burchan'a, najcenniejsze mogą dochodzić do kilkuset złotych, jako że, są wykonywane z drogocennych kamieni, które występują nad brzegami jeziora.

Popołudniu dotarliśmy do stacji Sludanka, skąd mieliśmy nadzieję przesiąść się na pociąg do Ułan-Ude, jednak kolejny skład odchodził dopiero o 5.50 rano. Zdecydowaliśmy się spędzić nocleg na dworcu - oglądając telewizję i wygodnie leżąc na skórzanych kanapach i fotelach, których nie powstydziłbym się ustawić w swoim salonie. Za taki komfort musieliśmy uiścić opłatę w wysokości 18 rubli (ok.2 PLN) za osobę. Na dworcu, spotkaliśmy naszych rodaków wybierających się na Górę Czerskiego (2588 m n.p.m.), gdzie o tej porze roku można już napotkać obfite opady śniegu i dużą zmienność pogody.

Bardzo często na trasie Kolei Transsyberyjskiej spotykamy osoby, co jadą tymi samymi środkami transportu, zwiedzają te same miejsca i bardzo często są nam bliskie nie tylko ciałem, ale i duchem. Takie osoby w języku rosyjsku określa się mianem ПОПУТЧИК ('współpodróżnik'). My też znaleźliśmy taką bratnią duszę w osobie poł-serbki, pół-rumunki, z niemieckim paszportem. Podróżowała sama, a mimo to nie bała się do nas dołączyć na kilka dni, czym zaskarbiła sobie naszą sympatię.

W głównym mieście Buriacji - Ułan-Ude, dosyć sprawnie znaleźliśmy hostel i szybko zaopatrzyliśmy się w bilet autobusowy do stolicy Mongolii - Ułan Bator. Ilość miejsc jest ograniczona, a kurs odbywa się tylko raz dziennie, wczesnym rankiem. Samo miasto jest zbliżone architekturą do Irkucka, a największą atrakcją turystyczną niewątpliwie jest głowa Lenina - ważąca 42 tony i mierząca ok. 7,7 metra. W mieście warto zwiedzić ostatnie budynki typowej zabudowy buriackiej, a w przypadku większej ilości czasu można zwiedzić Dacan Iwołgiński. Od tego momentu świątynie buddyjskie będą nam towarzyszyły aż do samego Pekinu. Podczas podziwiania zabudowy i malowideł w klasztorze, zaczął padać śnieg (14 wrzesień), a temperatura spadła w okolice zera.

Kolejnego dnia, wsiadając do autobusu, spotkaliśmy naszych znajomych Niemców z Listwianki, jednak pomimo długiej, dwunastogodzinnej jazdy nie było nam dane wymieniać spostrzeżeń i doświadczeń podróżnych z racji daleko zajmowanych miejsc. Postój na granicy trwał około 2 godzin i bez problemu wjechaliśmy do kraju jaków, jurt i przede wszystkim dumnych nomadów.

Baranina w roli głównej

Zaraz po przekroczeniu granicy, w mieście Suche Bator zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Gdy opuściliśmy autobus, grupa dzieci i cinkciarzy (z ang. "cincz many") dosyć sprawnie nas otoczyła. Natomiast w barze mieliśmy trudności ze zrozumieniem karty dań, jednak kilka sprawnych ruchów rękami i zaraz na stole pojawiła się zupa z kluskami gotowana na baraninie. Klimat znacząco się zmieniał wraz z pokonywanymi kilometrami. Drzewa i krzewy można zobaczyć jedynie w okolicach miast, natomiast bezdrożach tworzy przepiękny step, z lekko pofalowanym terenem. Kierowca niejednokrotnie musiał hamować i trąbić na zwierzynę, która dosyć często wchodziła na drogę. Miało się wrażenie, że stada baranów, koni, wielbłądów i jaków, chodzą całkowicie wolno, jednak nic bardziej mylnego - jest to jedynie wolny wypas i raz dziennie zwierzęta są zaganiane w kierunku jurty właścicieli.

Gdy dojechaliśmy do Ułan Bator, było już zupełnie ciemno, a temperatura dochodziła do -2 stopni Celsjusza. Spojrzenie na mapę wydrukowaną z google.maps i kilka pytań do osób znajdujących się na dworcu sprawiły, że po chwili już maszerowaliśmy w kierunku miejsca noclegowego. Jednak tym razem nie było tak łatwo i kluczyliśmy przez około godzinę zanim znaleźliśmy prawidłowy adres. Przy okazji sprawdziliśmy możliwości językowe lokalnej ludności i okazało się, że język gestów działa w każdej szerokości geograficznej! Po dotarciu do celu, okazało się, że nie ma nas na liście gości, na całe szczęście właścicielka hostelu posiadała drugi obiekt, w którym były wolne pokoje - jak się okazało, zostaliśmy ulokowani w samym centrum miasta.

Wieczorem jeszcze udaliśmy się do sklepu po zakup mocniejszego trunku, gdyż nasz towarzysz podróży zaczął odczuwać problemy żołądkowe. Słuszna ilość wysokich procentów pomogła pozbyć się dolegliwości i na drugi dzień mogliśmy swobodnie zwiedzać miasto. Zaczęliśmy od głównego placu miasta, imienia Suche Bator'a - drugiego bohatera Mongolii zaraz po Czyngis-chan'ie. Jest to najbardziej reprezentacyjna część stolicy, otoczona przez rządowe budynki i wysokie biurowce. Oddalając się od centrum, widzimy duży kontrast i zróżnicowanie społeczne. Większość budynków pamięta lata 70 i 80 poprzedniego wieku, a duża grupa osób mieszka w jurtach na obrzeżach miasta, bez kanalizacji i bieżącej wody.

W stolicy tego stepowego kraju przebywaliśmy jedynie 48 godzin, więc zwiedzanie ograniczyło się tylko do odwiedzenia klasztoru Gandan. W tym najważniejszym ośrodku religijnym Mongolii znajduje się wysoki na niemal 27 metrów posąg Awalokiteśwara, uosabiającego współczucie. Podczas przechadzania się przez szerokie i długie ulice miasta często odwiedzaliśmy restauracje w celu skosztowania lokalnych potraw. Większość dań opiera się na mięsie z barana lub jaka. Natomiast wartą opisania jest typowa mongolska herbata, składająca się z pół szklanki herbaty, pół szklanki mleka jaka oraz szczypty soli i odrobiny łoju barana - smak jest bardzo ciekawy, jednak nie polecam picia tego napoju w nadmiarze. Odwiedzając jurty zawsze zostaniemy przyjęci herbatą, której nie sposób odmówić! Należy pamiętać, że jest to wyraz szacunku i czystości uczuć.

Opuszczając Ułan Bator mieliśmy, delikatnie mówiąc, dosyć spory wstręt do potraw z baraniny. Z tego powodu przed odjazdem naszego pociągu zdecydowaliśmy się na zakup dużej paczki słodkich ciastek. Nasz cały wagon okazał się być wypełniony w dużej mierze turystami, więc podróżowaliśmy z osobami z Laosu, Francji, Niemiec, USA oraz Anglii. Jako, że w większości były to osoby młode, to szybko udało się nawiązać dobry kontakt, który razem z wypijanymi zapasami dezynfekcyjnymi, szybko przerodził się w dosyć sporą imprezę. Okazało się, że z dziesięciu osób jedyne my zrobiliśmy zapasy jedzenia na drogę w postaci wspomnianych już ciastek. Każdy się niecierpliwił, kiedy zostaną otwarte. Gdy doszło do tej wiekopomnej chwili, z hermetycznego worka buchnęła fala odoru łoju ze starego barana, który zastępuje w kuchni mongolskiej masło. Ciężko było się przemóc w jedzeniu tych delikatesów, jednak wszystkie osoby przeżyły i mają się dobrze - to było jedynie preludium do prawdziwych rarytasów w kraju środka. Nad ranem ciepło pożegnaliśmy się z naszymi nowo poznanymi przyjaciółmi. Z tych wszystkich emocji wychodząc z pociągu w Pekinie zostawiliśmy nasz główny przewodnik i adres hostelu na półce w przedziale, ale to już opowieść na kolejną część... CDN.

Fotorelacja:

Część 1
Część 3

Autor: Duch Tułaczki