Kolej Transsyberyjska cz.III (Made in China)

Published by Duch Tułaczki on śr., 12/19/2012 - 21:49 in

Tags 

Azja, Chiny
Zakazane Miasto

Za oknem pociągu krajobraz bardzo się zmienił. Mongolski step został zastąpiony strzelistymi pagórkami pokrytymi drzewami. My właśnie kończyliśmy śniadanie w wagonie restauracyjnym, kiedy dojeżdżaliśmy do 北京 (Beijing). Pośpiech w pakowaniu i chaotyczne wrzucanie rzeczy do plecaka, przyczyniło się do pozostawienia kartki z adresem hostelu w wagonie pociągu, o czym mieliśmy się dopiero dowiedzieć po wyjściu z budynku dworca kolejowego... a tłum w przejściach i korytarzach stawał się jakby gęstszy z każdym krokiem.

Pekin, Zakazanym Miastem?

Temperatura powietrza dochodząca do 30 stopni Celsjusza oraz promienie słoneczne muskające naszą nieświeżą garderobę po intensywnych 48 godzinach podróży, uświadomiły nam jak bardzo potrzebujemy dostać się pod prysznic! Stojąc przed budynkiem dworca i spoglądając na mapę Pekinu, udało mi się z łatwością przywołać ulicę, na której mieścił się nasz hostel. Wszystko zostało skrzętnie zapamiętane dzięki kilkukrotnemu sprawdzeniu lokalizacji w google.maps oraz używaniu funkcji city view podczas wyboru lokum. Dotarcie do celu zajęło nam jedynie 40 minut marszu i 20 minut wymachiwania rękami do napotkanej ludności w celu ustalenia prawidłowego kierunku tułaczki.

Po orzeźwiającej kąpieli, pierwsze emocje opadły i zadowoleni usiedliśmy na zewnątrz budynku z Tsingtao w ręku, by ustalić plan zwiedzania tego ogromnego miasta, liczącego blisko 20 mln mieszkańców. Tego dnia przeszliśmy tylko po okolicznym hutong-u i planowaliśmy wcześniej położyć się spać, by mieć siły przed kolejnymi dniami. Jednak zawodnicy kung-fu z Meksyku przekonali nas by zostać trochę dłużej - zaczęło się od wspólnego śpiewania piosenek (każdy w swoim języku - jednak w rytm tych samych melodii), paleniu fajki wodnej, picia piwa z 5 litrowej tuby, a wszystko zakończyło się tańcami pomiędzy i na stolikach. Tak, więc po pierwszej nocy w hostelu, większość podróżnych już znaliśmy, a obsługa zaczęła nas rozpoznawać...

Kolejnego dnia, niebo było bezchmurne, gorące powietrze ciężko przemierzało nasze ciała zmęczone po ostatniej nocy. Zaczęliśmy zwiedzanie od Placu Niebiańskiego Spokoju (popularny plac Tien'anman), gdzie podczas protestów w 1989 zginęło oficjalnie 241 osób, a według nieoficjalnych źródeł nawet 2600 osób. Rozmiar czasem robi różnice, a wymiary 300x800 metrów zrobią wrażenie na każdym, kto będzie przechodził obok mauzoleum Mao Zedonga, usadowionym na środku placu. Wielka Hala Ludowa oraz Chińskie Muzeum Narodowe okalając plac, tworzą całość - niejako pomnik ostatnich stu lat w Chinach. Partia komunistyczna, tak jak i wcześniejsze dynastie chińskie, nie przejmuje się zwykłymi obywatelami. Inwigilacja, ograniczenia wizowe, wyzysk, brak podstawowych praw obywatelskich są zupełnie niewidoczne w Pekinie, szczególnie dla przyjezdnych, którzy odwiedzają tylko atrakcje turystyczne.

Po wypożyczeniu audioguide'a, który mówi do nas po polsku z lekkim akcentem chińskim, zostaliśmy prześwietloni na wszystkie możliwe strony. Teraz mogliśmy już przekroczyć mury Zakazanego Miasta. Przenosimy się w czasie, idealnie odrestaurowane budynki i eksponaty na naszej trasie przybliżają epokę świetności dynastii Ming. Pozakręcane delikatnie u końców dachy, zwieńczone postaciami lwów, smoków, feniksów ukazują jak bardzo ceniona była dbałość o szczegół. Każdy element miał swój symbol i miał chronić, strzec lub budzić strach. To, co tam zobaczyliśmy trudno jest opisać słowami, a nastrój (poza widokiem setek innych turystów) i historia miejsca oddaje ducha dawno zapomnianych już czasów.

Ciekawostką historyczną wartą odnotowania jest fakt, że rzeczywistą władzę w cesarstwie sprawowali eunuchowie, a cesarz bardzo rzadko opuszczał mury Miasta. Niektórzy mogliby pomyśleć, że musiał z tego powodu cierpieć i niesamowicie sie nudzić, jednak prawda jest taka, że jako jedyny w Zakazanym Mieście mógł korzystać z uciech, o których inni mogli tylko pomarzyć. Otóż tylko cesarz mógł cieszyć się przywilejem utrzymywania stosunków płciowych z kobietami. Były one wybierane wśród poddanych już od 13 roku życia. Wybranki dzieliły się na osiem kategorii, według rangi urodzenia. Prawowity następca tronu mógł być spłodzony jedynie z cesarzową, natomiast bękarty nie miały żadnego prawa do władzy. Ilość sekretnych przejść, zaułków, krużganków sprzyjało intrygom i romansom, przy których Moda na Sukces staje się drobnym epizodem. Dla zobrazowania wielkości całego przedsięwzięcia kilka liczb: 9999 pokoi, ~9000 mieszkańców, 2 oficjalne cesarzowe i 29 oficjalnych konkubin, 3000 elementowy komplet sztućców wykonanych ze złota i srebra...

Na zakończenie dnia wdrapaliśmy się na sztucznie usypane Wzgórze Węglowe (48 metrów przewyższenia), które powstało podczas kopania fosy wzdłuż murów Zakazanego Miasta w XV wieku. Była już późna pora popołudniowa, a nasze nogi były mocno zmęczone po tym maratonie. W nagrodę zostaliśmy zaszczyceni przeżyciem jednego z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie można sobie wyobrazić. Niewielki okrągły herbatnik chowający się w poszarpane objęcia gór mieniący się we wszystkich odcieniach pomarańczy. Widok ten został zakłócony przez Irlandczyków, z którymi jak nam wytłumaczyli, bawiliśmy się w pociągu z Ułan Bator. Potem jeszcze spotkaliśmy znajomego Francuza, jednak równie szybko się z nim rozstaliśmy, jako że jego zainteresowania odbiegały znacząco od naszych. Powrót do hostelu również odbył się pieszo - w sumie 12h ciągłego zwiedzania, pozostawiło nam wiele przepięknych obrazów w głowie i niejeden pęcherz na stopach.

Kolejny dzień zawiódł nas do Świątyni Nieba. Było to tylko 3 kilometry od naszego hostelu, więc zdecydowaliśmy się przejść ten odcinek pieszo. Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy w pewnym momencie zamiast w prawo, skręcili w lewo. Tym oto sposobem, nasza podróż wydłużyła się niemal dwukrotnie. Na tereny ogrodów okalających kompleks sakralnych budowli weszliśmy w pełni rozgrzani i spragnieni napojów chłodzących. Opis budowli i historię miejsca mogą Państwo przeczytać w przewodnikach, a to, co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło, to otwartość i ciekawość Chińczyków. Pomimo tego, że chodziliśmy utartymi szlakami turystycznymi, to wystarczyło odejście na kilkaset metrów by zgubić białego człowieka, a zorganizowane wycieczki zagranicznych turystów nawet nie oddalają się na krok od tych mocno zdeptanych ścieżek. Podczas przejścia przez kolejny labirynt budowli zauważyliśmy kilkoro starszych mężczyzn, którzy polowali na dziwne owoce wiszące wysoko nad ich głowami. Po chwili zorientowali się, że są obserwowani i czym prędzej podeszli w naszym kierunku by obdarować nas swoją zdobyczą. Przeszliśmy krótki kurs otwierania i jedzenia tego pomarańczo-jabłko-grejfruta. Bariera językowa jest nie do pokonania, natomiast ludzka życzliwość i szczerość jest międzykulturowa!

Większość wieczorów kończyliśmy w naszym hostelo-pub'ie-restauracji 365Inn, gdzie można było spotkać ludzi z całego globu. Jest to jedno z bardziej klimatycznych miejsc dla prawdziwych backpacker'sów. Codzienne przesiadywanie na tarasie przy bardzo ruchliwym deptaku w rytm buddyjskich mantr i podglądanie zachowań tej jakże dla nas odległej kultury, skłania do wielu refleksji. Przede wszystkim, każdy europejczyk będzie zdziwiony pewnymi zachowaniami, a mianowicie: charkanie i spluwanie na ulicę jest tak powszechne jak drapanie się po głowie. Absolutnie nikt nie zwróci uwagi, gdy pięknie wyglądająca dziewczyna ściągnie z głębin zatok wszystkie nieczystości, po czym dostojnie splunie przed siebie z siłą pozwalającą na lot flegmy przez kilka metrów. Osoby, które nie lubią być trącane i ocierane powinny dwa razy zastanowić się nad wyjazdem do kraju środka. Morze ludzi przedziera się w każdym możliwym kierunku, a pojedyncze osoby mają niemalże naturalne zdolności do tworzenia sztucznego tłumu. Większość napotkanych przez nas Chińczyków była tak samo zainteresowana nami, jak my nimi. Nasza koleżanka (blondynka) była pod ciągłą obserwacją, szczególnie ze strony starszych panów, którzy rzadko mieli możliwość napotkania słowiańskiej urody. Jedno z wydarzeń, szczególnie zapadło mi w pamięci, gdy siedząc nad brzegiem sztucznego jeziora, podpłynęła do nas piękna Chinka. Wysiadła z łódki i podała kilka znaczków pocztowych, jako pamiątkę dla nas. W podzięce przekazaliśmy kartki pocztowe z naszego regionu świata. Pomimo braku jakichkolwiek słów przy tej sytuacji, była ona bardzo podniosła i wdzięczna - a może właśnie, dlatego taka była!

Wielki mur

Będąc w Chinach, każda osoba marzy by przejść się po największym cmentarzysku na świecie, nazywanym też Wielkim Murem Chińskim. Niedostępność tej budowli, usytuowanie na samych szczytach gór, często o zboczach nachylonych pod kątem 55 stopni, budzi respekt dla budowniczych i ofiar. Z racji braku możliwości grzebania ciał, często były one traktowane, jako materiał budowlany. Te informacje nie trafiają do szerszego grona, ale należy być tego świadomym i zachowywać należytą powagę w tym miejscu.

Natomiast majestat gór, niekończąca się kamienna linia dzieląca pasmo górskie na pół, wprawia nas w nastrój podziwu i pewnego rodzaju podekscytowania, ciężkiego do wytłumaczenia. Mamy wrażenie, że weszliśmy do telewizora, gdzie nadawany jest program National Geographic o tym regionie. Cieszymy się jak małe dzieci i robimy zdjęcia niemal każdemu kamieniowi i owadowi na naszej drodze. Oczywiście przed wybraniem się na mur, należy wiedzieć gdzie się jedzie, by nie trafić na hordy turystów ze wszystkich kontynentów i krajów świata. My chcieliśmy się dostać na odcinek Simatai, jednak akurat znajdował się w remoncie, więc zdecydowaliśmy się pojechać do Jinshanling, rzadko odwiedzany przez zorganizowane wycieczki. Na szczyty gór wynosi nas kolejka linowa i tam mamy do zagospodarowania ok. 5 godzin, aby przejść się po tym jednym z największych cudów świata!

Chińskie jedzenie i Chińska bielizna

W pierwszej części tej skromnej sagi, wspomniałem, że zamierzam wykorzystać ten wyjazd do wymiany części swojej garderoby. Teraz przyszedł czas, by wytłumaczyć, co, gdzie i jak kupić, żeby móc być zadowolonym i żeby starczyło później funduszy na kaczkę po pekińsku. Jednak zanim udamy się na shopping należy mieć na to siły, więc krótki opis kuchni chińskiej.

Przed wyjazdem do Chin, polecam nauczenia się i przyzwyczajenia rąk do spożywania posiłków przy pomocy pałeczek. W wielu miejscach możemy poprosić o sztućce, jednak jest to mało kulturalnie w prawdziwej Chińskiej jadłodajni, tym bardziej w samym sercu tego kraju, pasują jak wół do karety. Gdy opanujemy tę sztukę, zrozumiemy, że ryż powinien się lepić, a zalecane przez lekarzy jedzenie małymi kęsami, będziemy realizowąć z wielką precyzją. Również w miarę możliwości należy przyswoić sobie ostre przyprawy i pikantne dania, by wzmocnić żołądek.

Przekąski oraz śniadania kupowaliśmy na ulicy od drobnych handlarzy, którym zasady higieny pracy są dosyć dalekie. Możemy u nich kupić pierożki gotowane na parze, jogurty w ceramicznych pojemnikach (zwrotnych), mięso niewiadomego pochodzenia smażone w głębokim tłuszczu z dużą ilości przypraw oraz tofu, które ma bardzo intensywny zapach podczas smażenia. Codziennie staraliśmy się jeść jeden pełny posiłek, by przetestować kuchnię chińską oraz mieć siły na przemierzanie kolejnych kilometrów pieszo. Niestety, ale nazw jedzonych przez nas potraw nie jestem w stanie przywołać. Podstawową zasadą, jaką kierowaliśmy się przy wyborze restauracji była klientela. Im więcej rodowitych chińczyków było wewnątrz, to tym prędzej podążaliśmy do stolika.

Warto nauczyć się podstawowych słów, aby ocieplić nasz wizerunek. Ni-hao - dzień dobry; Pidżu - piwo; jako, że było nas troje, San - trzy. W ten oto prosty sposób jak podchodził do nas kelner, zanim zdecydowaliśmy się na danie główne padało z naszej strony Ni-hao, San Pidżu, co było bardzo sympatycznie odbierane przez obsługę. Większość kart dań jest skonstruowana jak książki dla dzieci do lat dwóch, z bardzo dużą ilością ilustracji potraw, które możemy zamówić. My organoleptycznie wskazywaliśmy na innych klientów, aby podano nam to samo. Dania są bardzo wyraźne, lekkie dla żołądka (poza ostrymi przyprawami) i baaaaardzo smakowite - u najlepszego Chińczyka w Europie nie zjemy tak dobrze jak w kraju, z którego pochodzi!

Pierwsze moje zakupy odzieżowe zaczęły się od zakupu bielizny. Wyszukanie rozmiaru L lub XL graniczyło niemal z cudem, w większości dominowała rozmiarówka XXL, XXXL, czego nie mogłem się nadziwić podczas przerzucania kolejnych par bokserek. W końcu sukces i mój upragniony rozmiar. Wyciągam je z opakowania już w pokoju hostelowym, gdy moim oczom ukazuje się coś na kształt rozmiaru M lub S. Niestety nie było wyboru - wciągnąłem brzuch, spiąłem pośladki i upchnąłem się w te zminiaturyzowane gatki. Ten dzień był wyjątkowo relaksacyjny dla nas, bez pokonywania znacznych odległości pieszo, a nawet skorzystaliśmy z 2 riksz, aby nas przewiozły na odległość ok 2,5 kilometra. Wtedy właśnie zwiodła nas, nasza znajomość języka chińskiego z naleciałościami dialektu mandaryńskiego. Za tą podróż wycenioną wstępnie na 60€ (my zrozumieliśmy 10€) udało nam się po twardych negocjacjach zejść do okolic 33€ - niesmak pozostał obydwu stronom tego interesu. Dlatego zawsze, ale to zawsze należy wpisać uzgodnioną kwotę na cyferblat kalkulatora!

Czasami jednak to cel, a nie podróż się liczy i tak było w tym przypadku. Riksze dowiozły nas do Night Market, gdzie można było spróbować dosłownie każdej części zwierząt - nawet nasze rodzime flaki! My zaczęliśmy delikatnie od mięsa rekina, węża (trochę się ciągnął), macek ośmiornicy... Gdy wpadliśmy w pewien trans próbowania nowych rzeczy poszły na ruszt skorpiony, cykady, sałatki z jedwabników i absolutny gwóźdź programu - smażona rozgwiazda! W tym momencie należy dodać, że sprzedawcy zasłaniali oczy, kiedy my z uśmiechami na ustach wyjadaliśmy brązową papkę o zapachu i konsystencji zawartości ToiToi'a pod koniec 3-dniowego festiwalu muzycznego. Z wymalowaną trwogą na twarzach wskazali nam najbliższy bar i zalecili dokładne przepłukanie gardła, gdyż mogła ta potrawa nam zaszkodzić. Jako, że nam nie trzeba takich rzeczy powtarzać dwa razy, czym prędzej udaliśmy się w kierunku naszej hacjendy. Mieliśmy do przejścia około 3 kilometrów, które minęły dosyć szybko, jednak pojawił się u mnie ból brzucha - a słowa sprzedawcy cały czas kołatały mi się po głowie!

W pierwszej kolejności po dotarciu do celu, podchodzę do barmana i proszę o butelkę wódki. Ten spojrzał na mnie jakby sam Konfucjusz przemawiał przeze mnie, po czym spytał się kilkakrotnie czy na pewno chodzi o całą butelkę. Gdy wytłumaczyłem, że tak, poprosił o płatność z góry, na co przystałem. W ten oto sposób staliśmy się posiadaczami 0,75 litrowej butelki Stolichnaya. Niestety w Chinach nie ma zwyczaju trzymania takich trunków w lodówkach, więc poprosiliśmy o wstawienie jej do zamrażalki oraz o szklankę, którą co jakiś czas uzupełnialiśmy przy barze. Niestety, mój ból brzucha nie mijał. W połowie butelki barman zapytał mnie czy mamy zamiar wypić całą butelkę - ja zdziwiony, powiedziałem, że pewnie tak, przecież to tylko jedna butelka! You are Heroes! padło wtedy z jego ust. Opowiedziałem tę historię moim towarzyszom przy stoliku i przy następnej dolewce kolega wytłumaczył, dlaczego zdecydowaliśmy się na tak drastyczną kurację. Barman zdębiał i udało mu się tylko wykrztusić You are double Heroes!

Ból brzucha nie ustępował, i wtedy to właśnie przyszło olśnienie - Mam za małe gacie!. Czym prędzej pożyczyłem nóż i poszerzyłem zakres rozmiarówki w moich bokserkach. Delikatnie czułem jak wszystkie moje organy zaczęły wędrować na swoje przypisane pozycje.... cóż za błogie uczucie. W tym samym momencie przez ulicę przeszły znajome twarze. Długo nie czekając krzyczę ile sił w płucach POLACY! Po chwili zjawiają się nasi krajanie, spotkani nad jeziorem Bajkał, którzy planowali wyjście na Pik Czerskiego. Piękne zakończenie dnia obfitującego w niezwykłe przygody.

Główne zakupy odbyły się w centrum handlowym, przypominający poczciwy GS. Podchodząc do stoiska musimy wiedzieć od razu, czy zamierzamy coś kupić. Natarczywi sprzedawcy będą nas przekonywać do swoich produktów i oryginalności wyrobów. Przede wszystkim musimy na początku oszacować wartość upatrzonej rzeczy oraz podzielić ją przez dwa, poczym przeliczyć na jeny - wtedy będziemy mieli dobry start w negocjacjach, które mogą trwać nawet kilkanaście minut! Należy pamiętać, aby wyłączyć słuch na wszelkie słowa i stwierdzenia sprzedawcy. W ten sposób udało mi się wynegocjować rewelacyjne ceny, a raz zostałem nawet spoliczkowany za zbyt niską ofertę! Więc w ferworze rzucanych cyfr może być bardzo gorąco. Większość transakcji, jakich tam dokonałem była zawsze około 10-krotnie niższa niż cena początkowa - sztuka negocjacji przy tym jest bardzo ważna.

Wracałem do domu z nowymi koszulkami markowych producentów, które znajdowały się w markowej torbie kupionej za prawie bezcen! Ta okazja trafiła mi się przed zamknięciem tego raju dla kobiet (i nie tylko), gdyż to właśnie wtedy ekspedientki chcąc zejść z jak największej ilość towaru przystają bardzo szybko na zaproponowane ceny. Zakupy w Chinach - zdecydowanie na tak! Tylko należy pamiętać o różnicach w rozmiarówkach!

Podsumowanie tułaczki

Była to jedna z wypraw, o której marzy się latami, zbiera środki miesiącami i czyta o miejscach, które chce się odwiedzić. Niewątpliwie, każdy z krajów, który przemierzaliśmy przekonał nas do siebie i będziemy chcieli tam wracać. Przede wszystkim dla natury, dzikości przyrody, niesamowicie otwartych i ciekawych ludzi. Przygotowując się do wyjazdu, myśleliśmy, że jesteśmy jak Kolumb lub przynajmniej Marco Polo (jeden z pierwszych przedstawicieli kultury Zachodu w Pekinie). Niestety, ale rzeczywistość zweryfikowała nasz pogląd dosyć szybko i brutalnie. Cały szlak kolei transsyberyjskiej jest już bardzo skomercjalizowany. Bez problemu można znaleźć nocleg, transport czy niezbędne informacje. W wielu przypadkach rozmawia się więcej z innymi podróżnymi po angielsku, niż z lokalnymi mieszkańcami. Większość osób z przewodnikami książkowymi Lonely Planet śledzi siebie nawzajem od jednej atrakcji do kolejnej, zatrzymując się w tych samych restauracjach i barach. My dowiedzieliśmy się o tym wydawnictwie dopiero na trasie i było to dosyć zabawne, gdy w jednym hostelu nocowały osoby z różnych krajów, a wszystkie niosły pod pachą taki sam przewodnik...

Dla osób planujących podobną wyprawę służę pomocą i radą!

Fotorelacja:

Część 1
Część 2

Autor: Duch Tułaczki