Lwów 2012

Published by Борис on ndz., 05/26/2013 - 14:11 in

Tags 

Ukraina, Europa
przejście graniczne

Co roku, mniej więcej w połowie października uświadamiam sobie z przerażeniem, że już za chwilę zacznie się dla mnie męczarnia jaką jest zima w naszym kraju. Koniec wypadów pod namiot, motocykl odstawiony do garażu i wszechobecne błoto pośniegowe na chodnikach. Jak się potem okazało była to bardzo długa zima. Razem z kolegą uznajemy, że nie jest jeszcze za późno na ostatni kilkudniowy wypad, zwłaszcza, że były bardzo sprzyjające prognozy pogody na najbliższe dni.

Wybór padł na Ukrainę, a właściwie na Lwów. Już od dawana miałem zamiar wybrać się za wschodnią granicę, ale moje plany przekreśliło Euro 2012. Nie chciałem zwiedzać tego kraju z kontekstem mistrzostw w tle. Czekałem, aż całe to szaleństwo ucichnie. Na ten wyjazd mamy jedynie trzy dni do zagospodarowania, a ponieważ do tej pory nigdy nie wystawiłem nosa poza wschodnią granicę, celem tej wyprawy jest narobienie sobie ochoty i rozpoznanie sytuacji przed znacznie dłuższym wyjazdem w przyszłości.

Przygotowania

Moja recepta na udany wyjazd to ... zgubić się. To wtedy jest największa szansa na przygodę i zapoznanie się z ludźmi. Oczywiście jest to możliwe tylko w przypadku wypraw własnym środkiem transportu, ale nawet wtedy wiele osób popełnia podstawowe błędy. Po pierwsze zabierają GPS. Błąd, osobiście korzystam tylko przy wyjazdach służbowych, a nic tak nie wyostrza zmysłów i nie daje takiej satysfakcji jak nawigacja z mapą. Kiedy straci się na chwilę orientację, zaczyna się szukać punktów charakterystycznych (kościół, rzeka, linia kolejowa, most itd.) aby tą orientację odzyskać i dzięki temu poznaje się teren przez który się podróżuje, a co najważniejsze ma się pretekst do poproszenia o pomoc tubylców. Błąd drugi - rezerwacje noclegów. Jeśli masz rezerwację i się pogubisz to zamiast cieszyć się przygodą zaczynasz się denerwować, że nie zdążysz na nocleg w zaplanowanym miejscu. Natomiast jeśli jesteś za wcześnie i masz siłę oraz ochotę jechać, a nocleg jest w nieciekawym miejscu to tracisz czas. Oczywiście są wyprawy i miejsca w których nie można zrezygnować z rezerwowania noclegów, ale nie jest to wcale takie częste.

Pomimo tego, że jest to krótki wyjazd i szansa na zgubienie drogi jest żadna, postanawiam nie odstępować od swoich zasad i ograniczyć przygotowania do oględzin maszyny, zakupu mapy, zgrubnego rozpoznania bazy noclegowej (w październiku namiot i śpiwory odpadają, a przynajmniej te, które posiadamy) i wyrobienia zielonej karty, aby nie ponosić dodatkowych kosztów na granicy. Wielu osobom może się wydawać, że największym problemem podczas jazdy będzie chłód, ale ja obawiałem się raczej jazdy na trasie po szybko już zapadającym zmroku. Plan zakłada, że jeśli nie uda nam się przekroczyć granicy w rozsądnym czasie, umożliwiającym dojazd do Lwowa przed zmrokiem to zmieniamy plany i jedziemy od razu w Bieszczady.

W stronę wschodzącego słońca

Jest 6:40. Pora jak dla mnie niezwykła. Muszę porządnie rozgrzać motocykl. Najpierw przetaczam sprzęt z pod kamienicy, w której mieszkają w większości stare dziadki, pod kamienicę którą zamieszkują raczej młodsze osoby. Unikam w ten sposób krzyków w stylu: "Wyłącz to!", albo "Wzywam policję!". Młodym osobom to nie przeszkadza, bo albo zbierają się już do roboty, albo po prostu zamykają okno. W tym miejscu chciałby zaznaczyć, że mam oryginalny, nieprzelotowy, relatywnie cichy tłumik. No cóż. Niektórym po prostu wszystko przeszkadza.

Razem z moją dziewczyną jedziemy jeszcze po kolegę, który miał podobne dylematy związane z rozgrzewaniem swojej zielonej Beemki. O 7:30 jesteśmy na wylocie z Krakowa i właśnie wtedy popełniamy pierwszy błąd. Ponieważ chcemy jak najszybciej dostać się na granicę, postanawiamy pierwszy odcinek pokonać kawałkiem nowo budowanej autostrady, którym można dojechać do Szarowa. O tej porze w niecce, którą biegnie ten odcinek zalegała gęsta mgła. Brak promieni słonecznych połączony z prędkością autostradową powodował, że rękawice nie dawały już rady i końcówki palców u rąk zaczęły niepokojąco zamarzać. W efekcie czas zaoszczędzony na tym odcinku należało poświęcić na postój, na którym odmrażaliśmy dłonie przykładające je w pobliże silnika. Wyjechaliśmy z mgły, a słońce zapowiadało piękny dzień. Do przejścia granicznego w miejscowości Korczowa docieramy bez większych przygód.

Przeprawa

Granica wita nas kilkukilometrową kolejką tirów. Mijamy całe to towarzystwo i docieramy do dwóch kolejek. Jedna jest dla pojazdów, w których podróżują tylko osoby z paszportami Unii Europejskiej, a druga dla pozostałych. W pierwszej kolejce jest tylko jeden pojazd przed nami, a w tej drugiej ... lepiej nie mówić. Nasza radość nie trwała jednak długo, ponieważ po przejściu polskiej odprawy obie kolejki zlewają się jedną. No cóż, nie ma już odwrotu. Z samochodu, który zatrzymał się za nami wysiada facet i mówi żebyśmy nie czekali tylko pchali się do przodu. Wszystko pięknie ładnie tylko nie ma miejsca, gdyż w autach ustawionych na dwóch pasach pootwierane są drzwi. Kolejka rusza, ludzie wsiadają, odpalają samochody i to jest właśnie nasza szansa. Powoli przeciskamy się do pierwszego ukraińskiego pogranicznika. Odbieramy "karteczkę" i lądujemy w następnej kolejce aut bez możliwości przejazdu. Z "pomocą" przybywa młody ukraiński pogranicznik. Za odpowiednią opłatą szepnie słówko kolegom i przejedziemy ekspresowo. Miałem wrażenie, że niezależnie czy zapłacimy czy nie, to granicę przekroczymy równie szybko albo równie wolno. Odrzucamy fantastyczną ofertę i przy pierwszej okazji przeciskamy się do przodu między samochodami, biorąc przykład ze skuterków, których zaczęło się coraz więcej pojawiać. No i zaczął się "cyrk" z podbijaniem karteczki to w jednym to w drugim okienku. Muszę w tym miejscu przyznać, że podczas kontroli po ukraińskiej stronie panuje "rodzinna" atmosfera. Miałem wrażenie, że funkcjonariusze służby granicznej znają się z większością osób na przejściu. Nie trudno było zauważyć, że w trakcie kontroli bagażników aut dokonują się "transakcje" pieniężne. Pełna symbioza. Niestety w całym tym radosnym przedstawieniu zostaliśmy zepchnięci na dalszy plan. W końcu prosimy funkcjonariusza sprawdzającego pojazdy, aby zajął się naszymi motorkami. Chyba zrozumiał, że nie mamy zamiaru "przyśpieszać" procedury i zlitował się nad nami. Zrobił fotki tablic rejestracyjnych, zebrał dokumenty i już po chwili byliśmy na Ukrainie. Na przejściu spędziliśmy nieco ponad 2 godziny.

Z granicy do Lwowa jest jedyne 70 kilometrów drogi o bardzo dobrej nawierzchni. Ponieważ nasz fundusz mandatowy jest bardzo skromny nasz kolega postanawia włączyć "tryb słowacki" i jechać absolutnie zgodnie ze wszystkimi ograniczeniami. Od razu napiszę, że nie jest to najlepsza opcja. Chyba żaden kierowca jednośladu nie czuje się komfortowo gdy wyprzedza go TIR lub autobus. Ze względów bezpieczeństwa postanawiamy jechać "z falą". Do Lwowa docieramy na szesnastą.

Lwów wieczorową porą

Czas na pierwsze tankowanie. Przy okazji zaopatrujemy się w mapę Lwowa. Trzeba się zacząć rozglądać za noclegiem. Ponieważ przyjechaliśmy tylko na jedną noc zależy nam na noclegu możliwie jak najbliżej rynku. Jednocześnie nie chcemy wydać za dużo pieniędzy. Niemożliwe? Możliwe, a rozwiązaniem zagadki jest hotel Lviv. Utrzymany (a raczej nieutrzymany) w postkomunistycznej stylistyce, znajduje się w ścisłym centrum miasta. Na miejscu okazuje się, że jest wolny pokój trzyosobowy w skrzydle "przed remontem" lub pięcioosobowy w części wyremontowanej. Bierzemy trójkę za w sumie 300 hrywien (120 zł), wychodząc z założenia, że skoro mają te pokoje w ofercie to nie może być tak źle, zresztą nie mamy zamiaru spędzać czasu w pokoju.

Po dotarciu do pokoju okazało się, że światło nie działa. Majster, który się pojawił był w tak podeszłym wieku, że w końcu zaproponowaliśmy, że sami powymieniamy żarówki, niech nam tylko udostępni sprawne. Kiedy wychodził powiedział, że w takim razie powinien podzielić się z nami swoją wypłatą, co wywołało ogólne rozweselenie. Po chwili nie było nam już do śmiechu. Zasłony i wykładzina ostatnie czyszczenie to miały chyba za Breżniewa. Dziury w ścianach, plamy na podłodze i zapach odkrywają przed nami historię tego pokoju, za to pościel była czysta i świeża. Jest dobrze, można iść na miasto.

Nie mogłem wyjść z podziwu jak klimat panujący na starym mieście jest podobny do tego, co można doświadczyć w Krakowie. Na rynku odbywa się festiwal III Miejskie Święto Sera i Wina. Jest możliwość degustacji serów i win z różnych zakątków świata, a na scenie swoje umiejętności prezentują grupy taneczne, w tym grupa z Polski. Z powodu dużego tłoku zanurzamy się w boczne uliczki, gdzie w końcu udaje się odpocząć przy kuflach zimnego piwa i napełnić puste brzuchy. Kręcimy się po okolicach rynku do późna. Musieliśmy się wymęczyć, aby po przybyciu do pokoju hotelowego od razu zasnąć.

Boczne drogi

Wstajemy wcześnie i jedziemy najpierw na Cmentarz Łyczakowski, a potem wracamy do centrum, aby zobaczyć jak wygląda za dnia i porobić zdjęcia. Po Lwowie poruszamy się głównie na piechotę i tramwajami. Bardzo widoczne jest rozwarstwienie społeczne. Tyle samochodów marki Porsche Cayenne w jednym mieście na raz jeszcze nie oglądałem. Krajobraz dopełniają leciwe Wołgi i Zaporożce. O 12:00 zabieramy bety z hotelu i opuszczamy Lwów. Mimo wszystko zwiedzanie Ukrainy miało się dopiero rozkręcić.

Gdybyśmy byli normalni to wrócilibyśmy tą samą trasą, którą przyjechaliśmy. Ja jednak chciałem zjechać z trasy przygotowanej dla gości z zachodu udających się na mecz i zobaczyć jak naprawdę wygląda ten kraj (a raczej fragment jego zachodniej części). Ponieważ i tak jechaliśmy do kolegi, który mieszka w Bieszczadach, postanowiliśmy pojechać prawie w linii prostej na przejście w Krościenku. Wyjeżdżamy z miasta ulicą Horodocką wypatrując zjazdu na trasę H13 prowadzącą do miasta Sambir. Za samym zjazdem na H13 stoi kilka samochodów ukraińskiej milicji drogowej, znanej pod niepokojąco brzmiącym skrótem DAI (DerżAwtoInspekcja). Panowie z drogówki mocno się ożywiają na nasz widok, na nasze szczęście skręcamy w lewo 50 metrów przed nimi. Od tej pory nie spotkaliśmy już żadnych patroli.

Jakość drogi się pogorszyła, ale nadal była znośna. Ruch prawie zerowy. Delektujemy się jesiennymi krajobrazami. Do Sambiru jedzie się dobrze i mamy niezły czas. Natomiast za miastem postanawiamy skręcić w drogę T1418 w stronę miejscowości Khyriv. Po 500 metrach droga zamienia się w wysypisko kamieni, gdzie średnia prędkość samochodów wynosi 20 km/h. Poboczem przebijamy się do przodu, po czym droga zamienia się w asfalt z gigantycznymi dziurami. Ominięcie jednej pakuje motocykl w następną. Kilka razy dobijam przednie zawieszenie. Musimy dać sobie spokój z rozpędzaniem się, bo to nie ma większego sensu. Postanawiamy jechać cały czas 40 km/h, co w krytycznym momencie daje nam jeszcze szansę zatrzymania się przed dużą dziurą. W czasie tego długiego przejazdu mamy okazję zaobserwować jak wyglądają ukraińskie wsie i małe miasteczka. To co zobaczyłem nie było dla mnie żadną nowością. Pamiętam jak moje rodzinne okolice tak wyglądały, ale żeby to zrobić muszę sięgnąć pamięcią o 20 lat wstecz, więc nasza wyprawa okazała się nie tylko przemieszczaniem się w przestrzeni, ale też swoistą podróżą w czasie. Na tle krajobrazu zdecydowanie wyróżniają się cerkwie ze złotymi kopułami górującymi nad wioskami. Jechaliśmy bardzo powoli, ale dzięki temu obrazy, dźwięki i zapachy mijanych okolic zapadły nam mocno w pamięci.

W stronę zachodzącego słońca

Na przejściu w Krościenku nie było żadnej kolejki w kierunku Polski. Kiedy na pytanie polskiego celnika o to co przywozimy, kolega odpowiedział: "nic", usłyszeliśmy: "to po co tam pojechaliście?". W każdym razie przeprawa trwała niecałe 30 min. O ile można w naszym kraju narzekać na autostrady albo ich brak, to drogi wojewódzkie i powiatowe są w znakomitym stanie. Jedziemy do kolegi na nocleg.

Jako, że nasz znajomy mieszka w lesie, to rano idziemy na grzyby. Coś trzeba jeść do końca miesiąca. Z bagażnikiem pełnym opieńków i rydzy, wracamy do Krakowa bardzo ładną trasą przez Jasło, Zakliczyn i Gdów całkowicie omijając w ten sposób krajową czwórkę.

Podsumowanie

Cała pętla miała nieco ponad 700 km. Zdecydowanie warto wybrać się na wschód własnym środkiem lokomocji. Dostarcza to zupełnie innych wrażeń niż na przykład podróż koleją lub samolotem. Szkoda jedynie, że mieliśmy tam mało czasu i na pewno już wkrótce znowu wybierzemy się w tym kierunku, ale najpierw muszę zmienić motocykl na jakieś enduro.

Odnośniki