On The Road (part 1)

Published by Duch Tułaczki on pt., 12/07/2012 - 22:26 in
Grand Canyon Colorado

To poniekąd dziwne uczucie, gdy czas się cofa. Samolot robi prawy zakręt i kątem oka można dostrzec, co jest pod nami. Z piasków, pośrodku pustyni wyłania się regularna tkanka miejska – Las Vegas. Wyleciałem z Amsterdamu o 8 rano, a teraz widzę Vegas skąpane w porannym słońcu- 11.5h lotu jakby się nie odbyło. Oczywiście to prosty geograficzny trick, jednak organizm już czuje, że to będzie dłuuugi dzień. W Vegas podróż się zaczyna, i tu się skończy. Ale po kolei.

Geneza i plan

Chodziła mi po głowie porządna, samodzielna wyprawa. Założenie jest proste: ma być daleko, intensywnie i spontanicznie. W rozważaniach nad kilkoma hipotetycznymi lokalizacjami, przychodzi mi z pomocą mój przyjaciel, który proponuje, bym znów dołączył do jego corocznej wycieczki do Vegas - a po tygodniu w mieście uciech, ruszał dalej przed siebie! I tak z grubsza wyglądał pomysł na tą wyprawę: po 4 pijackich nocach czekać ma na mnie wynajęte auto, w którym samodzielnie mam przemierzyć zachodnie wybrzeże USA. Są tylko 3 punkty kontroli czasu, których muszę się trzymać: w 4 dni po opuszczeniu Vegas mam spotkać znajomą w Los Angeles, po kolejnych 8 dniach mam się zameldować w Portland w domu wspomnianego przyjaciela, by po kolejnych 4 dniach (i 22 dniach od przylotu) jakimś cudem znów znaleźć się w Vegas i złapać lot powrotny do domu. Jak mówiłem, miała być improwizacja, wiec planowanie ograniczyło się do rezerwacji lotu na miesiąc przed podróżą, wynajęcie samochodu oraz hotelu na pierwsze noce w Vegas. Przede mną (lub raczej już za mną) przejechane 7300 km, 14 dni w drodze, 4 noce przespane w samochodzie i na szczęście zero extra kilogramów lub innych zdrowotnych pamiątek. W tym czasie odwiedziłem Wielki Kanion, Los Angeles, San Francisco, Portland i Seattle. Zapraszam do podróży w poszukiwaniu zaginionej autostrady i amerykańskiego snu.

Grand Canyon Colorado

Celowo pomijam w tym miejscu opis Las Vegas. Charakter mojego pobytu tam odbiegał zasadniczo od reszty wyprawy. Poza tym to miasto zdecydowanie zasługuje na osobną opowieść! Wyruszamy w kierunku wielkiego kanionu. Nie ujeżdżamy daleko, gdy na horyzoncie pojawia się pierwsza atrakcja –tama Hoovera. Już sam dojazd drogą wśród skał, urwisk i przesmyków jest bardzo atrakcyjny. Ale dopiero, kiedy docieramy na miejsce i triumfalnie przejeżdżamy po koronie tamy, widok naprawdę zapiera dech w piersiach. Nie tyle ze względu na wysokość tej betonowej ściany, co raczej przez niesamowite ukształtowanie terenu, które umożliwiło jej konstrukcję. Chociaż droga po przejechaniu tamy i kilku serpentyn okazuje się być ślepa, z parkingów widokowych rozpościera się piękny widok na całe Lake Mead.

Grand Canyon znajduje się na terenie parku narodowego, więc dotrzeć do niego samochodem można tylko w dwóch miejscach, położonych po przeciwległych stronach - północnej i południowej. Ja kieruję się ku południowej krawędzi w miejscowości Canyon Village, która jest bardziej przyjazna niewprawnym turystom (do których się zaliczam) niż krawędź północna. Wjeżdżając na teren tej wioski od razu czujemy swojski klimat. To jakby jeden wielki obóz harcerski, z polami kampingowymi, bungalowami i stołówkami dla małych i dużych. Wszystko leniwie rozsiane na leśnym terenie wzdłuż krawędzi kanionu. By się za dużo nie nachodzić, po terenie bez przerwy krążą darmowe shuttle-busy z bardzo rozgadanymi i pomocnymi kierowcami. Atmosfery dopełnia zrelaksowany nastrój ludzi. W końcu każdy przyjechał tu zaznać nieśpiesznego relaksu na łonie natury. Ale nie po to tu jesteśmy, by ludzi podziwiać (na to przyjdzie czas w dalszej części wyprawy). My chcemy kanionu. Dzieli nas od niego jakieś 5 min marszu leśną ścieżką. I oto jest… WIELKA DZIURA W ZIEMI. Przez pierwsze chwile człowiek tylko stoi i rozmyśla, przywołując w pamięci niezliczone fotografie i konfrontując je z rzeczywistością. Fotografie jednak nie uchwycą zdumiewającej przestronności tego miejsca. Mózg jest lekko skołowany tą masą powietrza przed nami. Chociaż spodziewa się linii horyzontu kilka kilometrów dalej, przeciwległy brzeg majaczy nam w odległości 17-stu kilometrów! W dodatku wszystko, co pomiędzy, rozbłyskuje feerią barw. Jest późne popołudnie, słońce chyli się ku zachodowi i padając pod coraz to niższym kątem wyzwala ze skał żółto-brunatną paletę barw. Całe popołudnie i wieczór przechadzam się alejką wzdłuż krawędzi. Co ciekawe, nie ma żadnych barierek. Zuchwali mogą wejść na granie i zaglądać w przepaść. Dzień się kończy, ale to bynajmniej nie koniec odwiedzin kanionu. To tylko nastrajanie się na dzień następny – chcę własnymi stopami poczuć rozmiar tego miejsca, schodząc w dół.

Trochę faktów: z południowej krawędzi kanionu do jego dna, by zamoczyć stopy w rzece Kolorado, prowadzą dwa szlaki – Bright Angel i South Kaibab. Którykolwiek wybierzemy, mamy do pokonania 14 km poziomo i 1400m w pionie, wzdłuż stromej górskiej ścieżki. Jest to wykonalne w ciągu 6h marszu. Docieramy wtedy do osady na dnie, zwanej Phantom Ranch. I tu jest problem – ilość miejscówek do biwakowania jest reglamentowana, i przydzielana chętnym w drodze skomplikowanego procesu aplikacji i loterii. Ja oczywiście żadnymi takimi rzeczami sobie głowy nie zaprzątałem (patrz rozdział Geneza i Plan). Więc o pozostaniu na noc na dnie nie ma mowy. W takim razie należy zejść na dół i wyjść na górę w ciągu jednego dnia, czyli jakieś 13h ciągłego marszu. I to też jest niewykonalne(*), gdyż oznaczałoby wędrówkę w pełnym słońcu, przy 45°C. Tego żaden górołaz amator nie przetrzyma. W gruncie rzeczy udar słoneczny, przegrzanie i odwodnienie to jedyne niebezpieczeństwa, jakie czekają na tułaczy w kanionie. Dlatego też tutejsi rangersi zainteresowani są tylko tym, by każdy na szlaku miał ochronę przed słońcem, odpowiednią ilość wody pitnej i jak najwięcej ochłody. I broń Boże nikt nie próbował zejść i wyjść w ciągu jednego dnia. Biorąc pod uwagę powyższe, trzeba pójść na kompromis, zejść tylko do połowy szlaku i zawrócić. Dlatego wybrałem szlak Bright Angel Trail. Po pierwsze, w połowie drogi, na głębokości 800m poniżej krawędzi jest przystań, zagajnik zwany Indian Garden, gdzie będzie można się schronić w samo południe. Po drugie, wzdłuż szlaku biegnie rurociąg z wodą pitną, więc odwodnienie nam nie grozi.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia – noclegu. Mówiłem, że nocleg na dnie trzeba rezerwować z 3-miesięcznym wyprzedzeniem? Otóż miejsce na kempingu w Canyon Village należy rezerwować, z co najmniej rocznym (!) wyprzedzeniem. A że planowania nie było, to i rezerwacji nie ma. Rozwiązaniem jest opuszczenie na noc terenu parku, pojechanie 40 mil na południe i nocleg w motelu przy najbliższej stacji benzynowej. Ale że nie jestem ceprem z Krupówek, decyduję się na opcję godną czytelnika bloga MakeLifeHarder, czyli spędzenie nocy we własnym aucie, przekonwertowanym na kampera.

W tym celu:

  • parkujemy tuż przy budynku pryszniców kampingowych,
  • składamy tylne siedzenia,
  • wyjmujemy z plecaka śpiwór (tak jest, na spontaniczne wyprawy trzeba być wyposażonym niczym szpieg z krainy Deszczowców),
  • rozkładamy go na rozległej przestrzeni bagażnika i wygodnie układamy się do snu.

Paradoksalnie w ten sposób dystans z auta do pryszniców był teraz mniejszy niż z łóżka do łazienki u mnie w mieszkaniu.

Następna noc i poranek były chłodne, zaledwie 12°C. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Spało się źle, więc poderwałem się o 4AM i zobaczyłem wschód słońca nad kanionem, a o 6:30 byłem już na szlaku. Trzeba zacząć wcześnie, żeby przed południem być już na dole. Ze sobą mam mały plecak, a w nim 2 litry wody, kilka batoników, słone precelki, oranżadę w proszku i krem z filtrem. Chociaż gdy stałem na krawędzi kanionu, wydawało mi się, że ściany są pionowe, okazało się, że Bright Angel Trail wije się sprytnie wzdłuż załomów skalnych. Przez to ma bardziej postać wykutych schodków niż typowej ścieżki. Gdzieś w dole, na ciemnoszarym płaskowyżu majaczy mała zielona plama – Indian Garden. Z tej perspektywy trudnym do uwierzenia jest, że jeszcze dziś się tam znajdę. Jednak droga w dół idzie sprawnie, przyjemnie i obfituje w wrażenia estetyczne. Piekno ścian kanionu w porannym słońcu przekraczają moje zdolności literackie by je opisać.

Po drodze są 3 punkty pobierania wody z wspomnianego wodociągu, które były okazją do dłuższych postojów. Ostatecznie tak jak planowałem, około 10:30 rano dotarłem do Indian Garden. Napełniłem butelki i po zasięgnięciu języka u rangersa, dowiedziałem się, że 40 min drogi dalej jest punkt widokowy, tzw. Plateau Point, z którego widać rzekę Kolorado. Jak się pośpieszę, to zdążę wrócić przed południem. Poszedłem. Co było na miejscu? Kolejna WIELKA DZIURA W ZIEMI!! Niesamowite, że po pokonaniu takiego dystansu w pionie, wstążeczka rzeki ukazała się, ale jakieś 300m pode mną! Jej zielonkawy kolor wyraźnie wybijał się pośród czerni granitowych ścian wokół niej. Razem z kojącym dźwiękiem szumu wody, dobiegła mnie myśl, gdzie się samodzielnie i na własne życzenie znalazłem. Dystans 9000km od domu chyba nie martwi teraz tak bardzo, jak świadomość, że od cywilizacji oddziela mnie 4h marszu, w czasie którego zdany jestem tylko na siebie. A wokół tylko skały, kaktusy, pustka i wolność! I słońce, które z każdą chwilą zaczyna piec mocniej i mocniej… Temperatura sięga 42°C i naprawdę bez wody można wpaść w tarapaty.

Czas uciekać do cienia, z powrotem do Indian Garden. Tam przysiadam się na ławeczce przy studni, by przez kolejne 4h siedzieć i sączyć wodę. A przede wszystkim zapoznawać ludzi, którzy robią jak ja przystanek, idąc w dół, lub w górę, lub nawet przechodząc pełny szlak między krawędziami (rim to rim trail). Ciało powoli ogarnia błogi stan pełnego relaksu i aż prosi się o drzemkę pod drzewem. Jednak plany te niweczą natarczywe wiewiórki jawnożercy. Nie mają skrupułów biegać wokół człowieka i zaglądać do plecaków w poszukiwaniu jedzenia. I tym objawia się geniusz wspomnianej polityki kontrolowania ilości osób w kanionie. Irytujące przepisy sprawiają, że 90% ludzi poprzestaje na robieniu sobie fotek przy krawędzi, szlak nie jest zadeptany, a natura nie cierpi z nadmiernej obecności człowieka. Stąd wszędzie wiewiórki, jaszczurki, żaby, a nad głowami jastrzębie i kondory. I co najlepsze: na szlaku bez problemu można spotkać kozicę górską, a na ulicach w Canyon Village nawet dzikie jelenie!

I w tak pięknych i niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, wybiła godzina 16ta. Ścianę wzdłuż szlaku przykrył już cień i to oznaczało idealny moment, by wyruszyć w drogę powrotną. Z bojowym nastawieniem, z mottem życiowym Rocky’ego Balboa w głowie („NO PAIN, NO PAIN”), ruszyłem naprzód. Podziałało. Trzymając dobre tempo i nie robiąc przerw byłem w 3h na górze. Bilans – nogi przetrwały te 20km całkiem dobrze, buty niestety nie. Okazało się też, że w takim upale wcale nie chce się jeść, a kilka batoników jakie miałem wystarczyło by nie czuć głodu. Szacuję natomiast, że wody zużyłem w okolicach 12 litrów – „przepał” godny starej Wołgi. Po takim dniu, kolejna noc w aucie nie była problemem, zasnąłbym nawet na stojąco. Nogi natomiast poczułem następnego dnia, gdy ledwo doczłapałem się do stołówki na śniadanie. Jeszcze tylko wysłanie pocztówek do domu i w drogę.

Mógłbym w tym miejscu zakończyć opis wrażeń z kanionu, ale byłby to opis niepełny. Kanion oferuje jeszcze jeden niesamowity widok. Widok, którego większość ludzi zachodniego świata została już pozbawiona - nocne niebo. Nic szczególnego, a jednak. O 11PM na terenie Canyon Village gaszone jest całe oświetlenie uliczne. Od tego momentu w promieniu 100km nie ma osady ludzkiej emitującej światło. Zapada perfekcyjna ciemność. To w połączeniu z czystym powietrzem i bezchmurnym niebem sprawia, że kanion jest jednym z niewielu miejsc na ziemi, gdzie wciąż można zobaczyć gwiazdy w taki sposób, jak widzieli je greccy filozofowie. Przepraszam, zobaczyć nie gwiazdy, lecz niebo rozświetlone chmurami gwiazd i gwiazdozbiorami. Po raz pierwszy w życiu naprawdę dostrzegłem drogę mleczną. Dlatego po powrocie ze szlaku pokusiłem się by jeszcze raz, po ciemku, przejść ścieżką ku krawędzi. Usiadłem w ciemności i ciszy na ławeczce, i przez kolejną godzinę wpatrywałem się w niebo. Był to widok lepszy od tego, co ukazało się mym oczom w ciągu całego dnia. Taki moment to chyba kwintesencja tułaczki, która daje szansę spojrzenia na życie i siebie z innej perspektywy. A kanion to chyba najlepsze miejsce do kontemplowania na temat tego, jakim gwiezdnym pyłkiem we wszechświecie jesteśmy.

* Oczywiście, że jest wykonalne, ale dla nadludzi – np. organizowane są zawody na jak najszybsze przejście Rim to Rim. Wygrywają je emerytowani żołnierze jednostek specjalnych. „Przefrunięcie” do dna i z powrotem zajmuje im poniżej 4h biegu…

Get your kicks on route sixty-six

Czas przemieścić się z Kanionu do Los Angeles. Zrobimy to wzdłuż jedynie słusznej trasy – Route 66. Każdemu, gdzieś obiła się o uszy ta nazwa. Droga potocznie zwana Mother Road to pasek asfaltu z początkiem w Chicago, a metą w Los Angeles (łącznie 4000 km długości, poprzez 8 stanów). Swoją legendę zawdzięcza historii lat 30 i 40stych ubiegłego wieku, gdy była świadkiem i głównym aktorem wielkich migracji ludów ze wschodu na zachód. Ale historia historią. Fenomen tej drogi, symbolu amerykańskiej kultury, wynika z czegoś innego. Cofnijmy się do lat 50- tych, czasów jeszcze bez linii lotniczych. Mieszkaniec środkowych stanów, chcący zobaczyć np. ocean jest skazany na podróż samochodem. Podróż, która jest wielodniową przygodą samą w sobie. A biznes podąża za tą potrzebą – General Motors tworzy kolejne modele chromowanych krążowników szos, pobocza dróg przekształcają się w centra handlowo-motelowo-rozrywkowe, a w okolicach drogi rozkwitają atrakcje turystyczne. To przy Route 66 w Kalifornii otwarty zostaje pierwszy zajazd nazwany McDonald’s… Od tej pory w Ameryce rozrywka i zabawa nieodłącznie kojarzą się z samochodem. Tak tworzy się amerykański motoryzacyjny szał, sen o wolności, jaki daje połączenie droga - samochód - kierowca, że o benzynie tańszej niż woda nie wspomnę. Dziś jest wciąż coś magicznego w tej legendarnej drodze, jazda nią może być podróżą w czasie i spełnieniem snu o amerykańskiej wolności.

Jednak istnieje prawda ekranu, i prawda czasów, o których mówimy. Ta rzecze: nie siedzisz za kółkiem Forda Thunderbird’a, lecz beznamiętnie suniesz Toyotą Prius, i co gorsze po drodze, której już nie ma. Tak, ten trakt został w większości zaorany pod budowę nowych autostrad, by ludzie mogli w pośpiechu gnać przed siebie. Poza tym, dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierze się w 3 dniową podróż samochodem w poprzek stanów, tylko wsiądzie w samolot. Na szczęście ktoś trzeźwo pomyślał, by najlepsze odcinki starej trasy zostały zachowane. Najdłuższy i najbardziej malowniczy z nich mamy w Arizonie u podnóża wielkiego kanionu. I tak na początek kierujemy się na południe do autostrady I40 i obieramy kierunek na Los Angeles. By trafić na właściwą drogę, należy po kilkunastu milach zjechać w miejscowości Seligman. Tam mijamy kilka zapyziałych stacji benzynowych, wraki Cadilaców, i szybko opuszczamy miasteczko, gdyż droga, teraz jako Historic U.S. 66, odbija na północ i zagłębia się w pustynię. Przed nami przeszło 100 mil jednopasmowej, drogi przez pustynię, nad nami palące słońce, a na horyzoncie majaczące góry. I oto toczymy się niepośpiesznie 50 mph, mijając po drodze innych zapaleńców 4 kółek jadących tak jak ja dla radości samej jazdy. Nie jest to kompletnie zapomniana droga, na której nie spotkamy żywej duszy, jednak natężenie ruchu jest na tyle niskie, że można śmiało zatrzymać się na środku asfaltu, ustawić statyw aparatu i zrobić zdjęcie, a dopiero, gdy będziemy się pakować z powrotem do auta, na horyzoncie pojawi się sylwetka pojazdu zbliżającego się z naprzeciwka.

A robić zdjęcia chce się co chwilę, by chociaż w najmniejszym stopniu ująć klimat tej drogi, tego miejsca. Jednak nawet dziesiątki zdjęć nie oddadzą w pełni tej ciszy, zapachu pyłu i słońca, które pali od góry, i atakuje żarem od dołu. Nie uchwycą kęp suchych badyli przeganianych przez wiatr tuż przed maską, niczym na posterze Marlboro. Nie oddadzą czaru, jaki prezentuje samotna nitka asfaltu pośród pustkowia.Na odcinku 100 mil pustka zostanie zmącona tylko w jednym miejscu. Tym miejscem jest miasteczko Peach Springs, i ulokowany nieopodal niego gigantyczny zajazd (strip-mall), który usiłuje wciąż wyglądać jakby czas zatrzymał się w latach 50tych. Pośród zaparkowanych dla ozdoby Cadilaców, Chevy i Oldsmobilów znajdziemy kilka barów, moteli, i restauracji z hamburgerami, czyli tym, co tygryski lubią najbardziej. Co ciekawe – w jednym z barów do zaparkowanego samochodu podjeżdża na wrotkach kelnerka, by przyjąć zamówienie. Definitywnie we’re back in the 50’s. Posileni ruszamy dalej i docieramy do miasteczka Kingman, gdzie niestety nasza droga znów łączy się z Interstate 40. Jest to ostatnia szansa na zakup szajsowych suwenirów z emblematem Route66, a nawet odwiedzenia muzeum o tej nazwie.

Po kilku milach wzdłuż I40 znów ważny zjazd ku Oatman. To górnicze miasteczko pośrodku gór, przez które serpentynami przedzierała się stara 66tka. Był to najbardziej stromy i najniebezpieczniejszy odcinek całej trasy, do dziś usłany wrakami aut, które nie dały rady. Choć droga jest w kiepskim stanie, jest wciąż bardzo malownicza. Po przejechaniu gór docieramy do Topock i znów łączymy się z I40. Podążając dalej w kierunku Los Angeles będziemy bez przerwy mamieni znakami „Historic Route 66 next exit”. Niestety, na ogol prowadzą one tylko do zamkniętych stacji benzynowych z kikutami dystrybutorów, tudzież kawałkiem asfaltu, który kiedyś był Route 66, a dziś stanowi drogę dojazdową dla lokalnych mieszkańców i po chwili wracamy na międzystanówkę. Trzeba się pogodzić z faktem, że przygoda z Route 66 już się zakończyła. A przed nami jeszcze ponad 350 km jazdy przez pustkowie autostradą prostą jak włos Mongoła. Kierujemy się prosto na zachód, gdzieś tam przed nami jest Pacyfik i kolejne przygody, już w Kalifornii.

Fotorelacja:

Część 2
Część 3

Autor:
Niepoprawny optymista i bezkompromisowy oportunista. Doktor nauk technicznych i emigrant z zamiłowania. Poszukiwacz zaginionej cząstki Higgsa i podróżnik w wolnych chwilach. Dla przyjaciół Księżna, gdyż od wawelskiego smoka mieszkał nieopodal!