On The Road (part 2)

Published by Duch Tułaczki on pon., 12/17/2012 - 21:11 in
Pacific Coast Highway

Były piękne okoliczności przyrody, była wolność i pustka wokół nas. Teraz wszystko to znika jak ręką odjął. Podążając wzdłuż I40 pojawiają się wzgórza i dość szybko wyrasta jeden budynek za drugim. Pierwsza myśl - oto i dotarłem do wybrzeża i Los Angeles. Ale gdy godzinę jazdy później jak okiem sięgnąć nadal tylko rzędy domków i centra handlowe, nabrałem podejrzeń. Otóż wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że L.A. to tak naprawdę gigantyczna metropolia, konglomerat kilkudziesięciu miasteczek.

Californication

To morze przedmieść rozciąga się na odcinku ponad stu kilometrów. Po raz pierwszy zawodzi moja strategia jazdy na czuja byle ku wybrzeżu. Tutaj nie da się jechać bez konkretnej destynacji, bo człowiek zapętli się w kłębowisku 20stu autostrad. Z użyciem GPS’a, późnym wieczorem wydostałem się wreszcie z tego urbanistycznego horroru i wylądowałem w San Clemente. Po 3 poprzednich dniach i nocach w samochodzie jedyne, czego pragnąłem, to łóżko! I nawet nie miało znaczenia, że dałem się orżnąć babce w motelu na $50. Ale to jeszcze nie czas na frustrację, jest poranek, jest słońce i szum oceanu - Kalifornia jak z filmów. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to wszechobecny lans, bans i Latynosi. Auta to albo stylowe kabriolety z muzą na full, albo ogromne pick-up'y na kozackich alufelach, jeszcze z deską surfingową na pace.

Dzisiejszy dzień jest super busy – punkt pierwszy, to odebrać znajomą z lotniska. I tu pozytywne zaskoczenie, gdyż pomimo że LAX Airport jest szóstym, co do wielkości lotniskiem świata, (i kawałkiem fajnej architektury przy okazji) to cała operacja w sobotni poranek zabrała nam 20 min! Wspólny podbój L.A. zaczynamy od środka, czyli Downtown i Financial District. I owszem, na miejscu są wieżowce, gmachy i hale widowiskowe, ale ulice między nimi jakby wymarłe. Anegdota ilustrująca sytuację: zaczepiamy zmotoryzowanego policjanta, który robi sobie przerwę w cieniu na porcję ice cream’ów. Pytamy jak tu najszybciej dojść do miejsc wymienionych w przewodniku: Mcarthur park, Colloseum i LA Live Hall. Na co policjant:
- Mcarthur park? They mention this shit in a guide? People, don’t waste your time here, go to fun places like Venice beach or Hollywood.
Z tym miastem jest coś dziwnego… Ale, że ze stróżem prawa się nie dyskutuje, pojechaliśmy do Hollywood Hills. Jak tam jest? Łaaaadnie, wille wśród wzgórz, palmy wzdłuż drogi, i lachony w kabrioletach. Śmieszą tylko tuziny wynajętych samochodów z turystami próbującymi podjechać jak najbliżej napisu ‘Hollywood’.

Byłem, zdjęcie zrobiłem, pojechaliśmy dalej (w tym mieście zdanie „pojechałem gdzieś” znaczy mniej więcej tyle, co: „spędziłem godzinę w korku”). Wylądowaliśmy w Hollywood Boulevard zwany potocznie Aleją Gwiazd. I drepczemy buciorami po tych gwiazdach, gwiazduniach i gwiazdeczkach, jak i nikomu nieznanych nazwiskach (a tych „gwiazd” w chodniku są setki, ulica ma jakieś 2 mile długości). Mijamy grupę Chinek robiących sobie zdjęcie z gwiazdą Jack’a Nicholsona, grupę bezdomnych Latynosów oraz grupę panienek pragnących być lansowanymi na gwiazdy. Następnie pojawiają się niezliczone sklepy z pamiątkami, co chwila gabinety osobliwości, wystawy figur woskowych, ale już kawiarni z toaletą nie uświadczysz. Należy jeszcze wspomnieć o 3 myszkach Mickey, biuściastej Super Woman i jeszcze lepszej Kobiecie-Kot, 2 Batmanach, 3 Spider Manach itp. Nic dziwnego, że policjant się nudzi. W takim zagęszczeniu super bohaterów przestępczość przecież nie istnieje. Jakby komuś było wciąż mało rozrywki, to może wskoczyć do odkrytego autobusu na objazdową wycieczkę pełną wrażeń. Jak zapewniał nas kierowca-naganiacz, niesamowity gwóźdź programu – przejazd obok domu Toma Cruise’a. I znów mogę powiedzieć, byłem, odhaczyłem, nawet zdjęcia nie zrobiłem. Pojechałem dalej.

Dzień kończymy w motelu w którejś z osiemdziesięciu dzielnic L.A.. Powodowany potrzebą chwili, decyduję się na wyprawę do sklepu nocnego. W czasie krótkiego spaceru udaje mi się zaznajomić z meksykańskim gangiem skupionym wokół wypasionego Dodge’a Ram’a, pogawędzić z armeńskim właścicielem sklepu, a w drodze powrotnej zawrzeć dozgonna przyjaźń z trzema kolejno napotkanymi bezdomnymi. Wysoki odsetek ludności latynoskiej ma swoją dobrą stronę – na każdym rogu, na każdej ulicy znajdziemy meksykańskie jedzenie. Każdy dzień tam zaczynamy od obfitego i super taniego śniadania z kilkoma rodzajami tortilli, fasoli i salsy. Dajemy też L.A. drugą szansę na oczarowanie nas: jedziemy do Santa Monica. I tutaj wszystko wreszcie jest tak jak powinno być: słońce, plaża i bezkres bielutkiego piasku. A wzdłuż tego plaży, „filmowa” promenada wśród palm z oddzielną dróżką dla pieszych, rolkarzy i rowerzystów. Do wyboru do koloru. Ponadto molo z morskim jedzeniem oraz słynna Muscle Beach, czyli publiczna siłownia i sala gimnastyczna umiejscowiona centralnie na plaży. Jeśli porównam tutejsze „wrażenia estetyczne” z wspomnieniami ze wschodnich stanów, muszę stwierdzić, że Kalifornijczycy na otyłość nie cierpią.

A gdy nacieszymy już oczy pięknymi widokami, można wypróbować przepis na aktywne spędzenie czasu na plaży w Santa Monica:

  • Po odleżeniu 10 min na gorącym piasku podrywamy się na równe nogi z mocnym postanowieniem, że trzeba coś zrobić z tym własnym życiem. Odziewamy stopy w klapki Kubota i dziarsko przemierzamy nieogarnione połacie piasku w kierunku parkingu.
  • Na parkingu, zwalniamy kroku w okolicy rozklekotanych vanów i czekamy, aż playboy bez koszulki, za to z tlenionymi włosami zapyta nas „Hey pal, what are you looking for?” Jesteśmy w domu. Szybka pogawędka i wiemy już, że oczywiście da nam lekcję surfingu - $80 za indywidualny instruktaż, lub $50 jeśli dołączę do 5-cio osobowej grupy.
  • Mr.Instruktor wygląda tak jakby mu buźkę sam Michał Anioł dłutem wyharatał, więc dla kobiet prywatna lekcja to obowiązek. Osobnicy nieczuli na męskie wdzięki mogą wybrać zajęcia grupowe, nic się nie traci. Nasz surfer jak z obrazka ma młodego asystenta, który zaopatruje nas w piankę i deskę.
  • Wykonujemy serię przysiadów i pompek z deską obok w ramach ćwiczeń na sucho.
  • Wchodzimy do wody i siłujemy się z falami idąc w głąb morza, następnie gramolimy się na deskę - start - próba ustania na nogach... i hop na główkę do wody... koziołek pod falą... triumfalne wynurzenie... i tradycyjne j..b! w głowę - Bo znów zapomnieliśmy, że deska nas goni... i z powrotem spacer do morza.
  • Powyższą sekwencję powtarzamy n-razy, ale w czasie ostatniej próby udaje nam się utrzymać równowagę i złapać falę – wrażenie bezcenne.

Ale i do tego sielskiego klimatu mogę z łatwością wrzucić łyżkę dziegciu. A nawet dwie. Po pierwsze temperatura. Przechodząc koło molo, przecierałem oczy z wrażenia widząc tablicę informacyjną z napisem: water temperature 59°F (15°C!!!). Kto by pomyślał… Dodam więcej - zimna bryza od oceanu sprawia, że po godzinie 16stej tak naprawdę robi się zbyt chłodno by leżeć plackiem. Zamiast tego ludzie opatulają się kocami i rozpalają ogniska. Żeby, chociaż dało rozgrzać się jakimś roztworem wysoko procentowym! Jednak na całej, ogromnej plaży nie ma ani jednego baru. O leżakach, Cabanach i beach-clubach można pomarzyć. To niestety wada całej Ameryki. Amerykanie wciąż nie pojmują, że wielkie wcale nie znaczy najlepsze.

Do tej pory mój opis L.A. brzmi jak żale niedopieszczonego frustrata. Akurat tydzień przed napisaniem tego tekstu spotkałem znajomą, która spędziła w L.A. ostatnie 4 miesiące. Po jej opowieściach mogę uwierzyć, że to wspaniałe miejsce do życia. Klimat, bliskość morza, przestrzeń, sprawiają, że to inny stan umysłu, gdzie nawet trzęsienie ziemi może być odbierane, jako ‘good vibration’ (przyznaję się, pożyczyłem ten tekst od RedHotChiliPepers). Ale to perspektywa niedostępna dla przejezdnego turysty - ten zobaczy tylko amerykańską tandetę i zakorkowane ulice. A jeśli mam tylko zobaczyć tłumy ludzi i masę betonu, to bliżej będzie pójść na miesięcznicę katastrofy smoleńskiej niż lecieć za ocean. Następnym razem ominąłbym Los Angeles szerokim łukiem.

Pacific Coast Highway

Jadąc autostradami L.A. co chwilę na znakach widzimy drogowskaz „PCH 1”. To Pacific Coast Highway No. 1 droga, którą każdy Amerykanin zna na równi z Route 66. Powstała w latach 20stych i była jedną z pierwszych dróg łączących L.A. z San Francisco. A że zbudowano ją wzdłuż skalistego wybrzeża, samo wyszło, że jest bardzo malownicza. Dlatego jadąc wzdłuż linii brzegowej od St. Barbara aż do San Francisco widzimy ocean na lewo, góry na prawo, i powoli dostajemy zawrotu głowy od intensywności zygzaków. Zakrętom, urwiskom i skalnym przesmykom nie ma końca. TopGear wymienia ją na liście dróg dających największą frajdę z jazdy. Kto zna to podekscytowanie przy ciasnych, precyzyjnych zakrętach, wie, o czym mówię. Żal jedynie, że jedziemy automatem...

Wszelkie opisy piękna tego miejsca byłyby bezcelowe. Niech za ilustrację posłuży fakt, że przejechanie 200 mil zajęło mi cały dzień, gdyż średnio, co 3 minuty zatrzymywałem się by zrobić kolejne zdjęcie! Chyba ze wszystkich pocztówkowo-kalendarzowych widoczków, jakie dane mi było pstryknąć, połowa została zrobiona właśnie podczas tych 200 mil. Fale oceanu, skały, klify i zieleń – idealne połączenie. Jest jednak jedno miejsce, gdy PCH musi rozstać się z oceanem i pójść w głąb lądu. Omija Vandenberg Air Force Base – bazę rakietowa, z której Ameryka wystrzeliwuje swoje satelity szpiegowskie na orbitę polarną. Dla chętnych jest tam ekspozycja z historią rakiet, a szczęściarze mogą trafić na moment nocnego wystrzeliwania ćwiczebnej rakiety balistycznej. A potem rozpowiadać wkoło, że widzieli UFO na własne oczy. Gdy droga znów spotyka się z oceanem, czekają kolejne atrakcje. Miejscem nie do przegapienia jest okolica Morro Bay, gdzie słonie morskie upodobały sobie plażę na swoje legowisko. A kilka mil dalej na północ jest urokliwa latarnia morska, a później plaże i campingi pośród lasu. Ja wzdłuż PCH dotarłem do Santa Cruz, gdzie odbiłem na U.S. 101 ku kolejnej atrakcji...

Ale zanim o tym, to warto wyjaśnić jedną mylącą kwestię. Słowo ‘highway’ to historyczna nazwa każdej drogi, która przed wojną została włączona do krajowego systemu autostrad z nadaniem jednolitej nazwy i oznakowania, stając się U.S. Highway. I może to być zarówno dwujezdniowa arteria jak i coś o szerokości współczesnego chodnika dla pieszych. I na takiej drodze nie poszalejemy z prędkością. Dopiero w latach pięćdziesiątych rozpoczął się program budowy Interstate Highway System, czyli sieci dróg międzystanowych, które od początku miały być autostradami w stylu niemieckim. I te drogi mają swoją własną numerację. Gdyby komuś było nie dość komplikacji, to PCH jest zaklasyfikowana, jako droga stanowa. Do czego zmierzam - jeśli ktoś będzie szukał na mapie autostrady nr.1, to znajdzie Interstate 1, U.S. Highway 1 i Pacific Coast Highway 1 i każda będzie się znajdować w innym krańcu kontynentu! A tylko międzystanówka pozwala na relatywnie szybkie podróżowanie.
Ale wracamy na trasę – jesteśmy na U.S. 101 i czas zacząć...

Historie garażowe

Amerykę można poznawać w nieskończoność, lecz według mnie są trzy miejsca, które trzeba odwiedzić, by ją zrozumieć: po pierwsze Nowy Jork i Ellis Island – miejsce tymczasowego obozu dla imigrantów-kolonizatorów przybywających z europy do ziemi obiecanej; po drugie - Muzeum Henry’ego Forda w Detroit, które pokazuje, że wynalazca - przedsiębiorca może być bohaterem narodowym, bardziej wpływowym niż sam prezydent USA; i wreszcie, po trzecie, przedmieścia San Francisco, które uczą, jak dzięki pasji można stać się tym wpływowym biznesmenem.

A historia tych ostatnich zaczyna się od dwóch studentów uniwersytetu Stanforda, którzy zamykają się w przydomowym garażu i konstruują urządzenie elektroniczne, które okaże się hitem. W przeciągu kilku lat ich firma oraz ich nazwiska staną się globalną marką, rozpoznawalną przez każdego fana komputerów. I nie, nie chodzi o Jobs'a i Wozniak’a, oni się wtedy jeszcze nie urodzili… Dwaj szczęśliwi studenci to William Hewlett i Dave Packard, a wszystko wydarzyło się w 1939 roku, a ich sukces ściąga kolejnych śmiałków. Tuż po wojnie, silny już Uniwersytet Stanforda przyciąga dwóch ambitnych doktorantów, by założyli firmę Intel i opracowali pierwszy krzemowy układ scalony. Teraz już okolica pomiędzy Santa Clara, a Palo Alto może pełnoprawnie nazywać się DOLINĄ KRZEMOWĄ. Dlatego urodzony tam Steve Jobs widzi, że wszyscy jego sąsiedzi to naukowcy i inżynierowie, a jemu samemu łatwiej jest znaleźć w okolicy sklep z częściami elektronicznymi niż monopolowy. Co doprowadzi do kolejnego garażowego sukcesu i historii znanej szerokiej gawiedzi.

Ale dlaczego ja zanudzam całą tą historią? Bo ten skrawek ziemi od trzech dekad kształtuje życie nas wszystkich! Wspomniałem o Intelu, ale wzdłuż U.S. 101 swoje główne siedziby mają Google, Ebay, Apple, Adobe, HP, AMD, SanDisk i wiele innych. Chyba nie można sobie wyobrazić już Internetu bez pomysłów i produktów wywodzących się z tych firm. Dlatego dla mnie dolina krzemowa to wielkie ‘must see’. Chciałem zobaczyć na własne oczy, w jakim otoczeniu pracują najbardziej kreatywni inżynierowie świata.

Pierwsze wrażenie - zachwyca przytulność i przyjazność tego miejsca. To czyściutkie ulice, wypielęgnowane palmy na poboczu, łagodny klimat i bliskość San Francisco. Nawet spacer po tym multikulturowym miejscu (hey, tu są mózgi z całego świata), wzdłuż ulic z knajpkami reprezentującymi wszystkie style i kuchnie (bo mózgi muszą gdzieś chodzić na lunch) będzie miłym spędzeniem czasu. Ale nie czas na spokojny spacer, gdyż ja z łomoczącym sercem odwiedzałem kolejne firmy, a każda mógłby być moim wymarzonym pracodawcą.

Polecam wstąpić do muzeum Intel’a w głównym budynku firmy, by zobaczyć i dotknąć prawdziwy monokryształ sławetnego krzemu. W NASA AMES Center, gdzie opracowano najnowszego łazika marsjańskiego Curiosity, można zobaczyć kamień przywieziony z księżyca i nowinki, nad którymi obecnie pracują. Poza tym Uniwersytet Stanforda - muzeum komputerów, garaż HP oraz dom Steve’a Jobs'a....

Część 1
Część 3

Autor:
Niepoprawny optymista i bezkompromisowy oportunista. Doktor nauk technicznych i emigrant z zamiłowania. Poszukiwacz zaginionej cząstki Higgsa i podróżnik w wolnych chwilach. Dla przyjaciół Księżna, gdyż od wawelskiego smoka mieszkał nieopodal!