On The Road (part 3)

Published by Duch Tułaczki on sob., 03/16/2013 - 12:44 in
Pacific Coast Highway przygotowania

Po pławieniu się w kalifornijskim słońcu i spotkaniu ducha Steve’a Jobs’a, niestrudzenie ruszamy w dalszą drogę na północ. Nadszedł czas, by opowiedzieć jaka muzyka dominuje w San Francisco, jakie są dwa sposoby na bycie kozakiem oraz po co warto jechać do Seattle. A przede wszystkim zdradzić jak i gdzie kończy się ta epicka przejażdżka. Znajdzie się też kilka końcowych refleksji na jej temat. Poprzedni odcinek zakończył się w momencie, gdy jedziemy autostradą U.S.101, a za szybą majaczy sky-line kolejnej metropolii. Nad głową przelatuje drogowskaz mówiący, że zbliżamy się do mostu na zatoce…

Autostrada do piekła czy brama do nieba?

I oto przede mną stoi on. O 7 rano infinitezymalna mgiełka przetacza się przez zatokę, muskając jego ramiona. Stoję na brzegu, a w oddali, na wodzie, majaczy samotna wysepka z białym budynkiem – Alcatraz. Jednak mój wzrok skierowany jest na niego, na monumentalny symbol tego miasta. Przypatruję się dość obojętnie, bo most Golden Gate widziany na żywo ani największy, ani najpiękniejszy nie jest. Ale monument jest monument, zobaczyć trzeba.

U podstawy mostu zorganizowany jest mały park tematyczny, gdzie można się dowiedzieć ciekawostek na temat jego budowy, zasymulować, jak będzie odginał się pod naporem wichury, oraz zobaczyć przekrój jego kabla nośnego splecionego z 27 tys. stalowych drutów. Jednak nie polecam spaceru pod postem, gdyż oglądany z bliska jeszcze bardziej traci na prestiżu. Oczywiście czepiam się, ale moim inżynierskim okiem, kratownica mostu wygląda jakby była pospawana z czego się tylko dało, „cokolwiek rzeka przyniosła”. Z kolei cieniutka blacha jezdni koleboce się przy przejeździe każdego auta, jakby to była kładka dla pieszych nad Drwiną. Tym niemniej pełen szacunek dla budowniczych, szczególnie dla 19tu którzy spadli. Kontynuując słuszny nastrój do narzekania – kolejnym zderzeniem z moimi wygórowanymi wyobrażeniami jest lokalizacja. Otóż most ten nie jest kluczowym ogniwem pomiędzy dwoma częściami metropolii jak np., Brooklyn Bridge w Nowym Jorku, a stoi na samych peryferiach- Po drugiej jego stronie już tylko granica hrabstwa i lasy. Pusto tak wokół niego, most ma najwyraźniej dobry PR że jest tak głośną atrakcją.

Most za to pewnością króluje w innej konkurencji. Według oficjalnych statystyk, od momentu jego otwarcia, zanotowano przeszło 1600set samobójców. Wynika z tego, iż średnio raz na tydzień znajduje się śmiałek chętny by wskoczyć wprost do łódki Charona, tudzież w piekielne objęcia wód zatoki (zależy tylko kto w co wierzy). Nie na darmo mówią, że w San Francisco króluje Blues.
Najwyraźniej jednak duchy tychże samobójców nie pozwolą bym przeszedł obok ich drogi do wiecznego zatracenia obojętnie. Dlatego, gdy już chciałem się udać na zwiedzanie miasta, zza chmur wyłania się pojedynczy promyk słońca. Pada centralnie na przęsło mostu. I teraz wszystko staje się inne, nagle oczywistym jest to czego do tej pory nie dostrzegałem. Ten kolor! Czerwień czterech wież strzela w niebo niczym niebiańska brama, a każda lina nośna poblaskuje innym odcieniem, kontrastując z szarym tłem zbocza przeciwległego brzegu. Zostałem oświecony i mogę szczerze powiedzieć: most Golden Gate jest zadziwiający, jest monumentalnie piękny! A teraz czas do miasta.

Ale me drogi zejdą się z mostem Golden Gate jeszcze raz. Tym razem w nocnych okolicznościach przyrody, gdy po całym dniu będę wyjeżdżał z miasta w kierunku północnym. A w nocy co? A w nocy Golden Gate pięknym mostem jest i basta! By to udowodnić, zaraz po jego przekroczeniu skręcamy w prawo i lawirujemy na ślimaku tak, by ostatecznie podążyć w kierunku Marin Headlands. To małe wzgórze tuż po drugiej stronie zatoki. Na miejscu cytując klasykę są jakieś bunkry, ale i tak jest zaj…….e. A to dlatego, że rozpościera się stamtąd najlepszy nocny widok na downtown San Francisco i Oakland zarazem. Świecą tysiące świateł, świeci iluminacja na moście, świeci nawet woda pod mostem - dobry aparat jest niezbędny! Miejsce jest również dość popularne wśród par lokalnej społeczności, by przy przepięknych widokach, ciemności i wina, smakować tę chwilę - tętniącą emocją.Tak oto jedna budowla zaspokaja potrzeby zarówno tych co życiem gardzą, jak i tych którzy celebrują je w najlepsze. Zaprawdę inżynieryjny i designer'ski geniusz.

Kolej na San Francisco

Zwiedzanie San Francisco należy zacząć od oczywistej oczywistości: nie chcemy jechać do centrum miasta. Można się sparzyć na wstępie. Jest główny plac, ratusz, budynki federalne, opera ale z drugiej strony jakby nic się nie działo. Ale najważniejsze: centrum jest szare, brudne i… całkowicie opanowane przez bezdomnych, żuli, meneli i łunochodów wszelkiej innej maści i rasy. I nie jest to moja odosobniona opinia. Poza tym, trudno mówić o osobistych odczuciach, gdy obozowisko bezdomnych na głównej ulicy tarasuje cały chodnik. Więc centrum omijamy. Ale dobra wiadomość jest taka, że wystarczy przejść kilka przecznic, by być w tym właściwym San Francisco. A wtedy natychmiast napotkamy jedną z zajezdni tutejszego słynnego tramwaju, czy, będąc bardziej ścisłym, kolejki linowej. Zajezdnia owa ma postać obrotnicy. Wagonik wysadza ludzi, wjeżdża na drewniane koło, siłą mięśni dwóch facetów w pomarańczowych kamizelkach, jest obracany o 180 stopni i już jest gotowy do zabrania kolejnej grupy pasażerów w drogę powrotną. Niesamowita maszyneria z osiemnastego wieku działa perfekcyjnie: z gracją i dużym łoskotem. A wszystko za darmo. Chciałoby się odbyć przejażdżkę. Niestety to, co darmowe znajduje wielu amatorów. I tak oto codziennie kolejki turystów oczekują w kolejce na swoją kolej do kolejki (bareizmy można spotkać na całym świecie). Na moje oko jakieś 30min stania. Wolę się przejść.

Ale żeby pojąć specyfikę pieszej wycieczki po SF, trzeba sobie odpowiedzieć na jedno pytanie: czy ktoś zastanawiał się, dlaczego tramwaj jeżdżący po normalnych szynach na ulicy nazywany jest kolejką linową? Wszyscy znamy obrazki stromych ulic San Francisco i samochodów wyłaniających się zza szczytu. Jednak nawet te zdjęcia nie oddają tego, jak obłędnie jest nachylenie tych ulic! Ludzie ledwo dają radę pod gorę, samochody ciągną na 2-gim biegu, a parkowanie jest możliwe tylko kołami do krawężnika. Tutaj konwencjonalny tramwaj, mieliłby tylko kołami w miejscu. Dlatego wagoniki kolejki ciągnięte są stalowymi linami ukrytymi pod asfaltem.

A pieszy turysta musi liczyć tylko na swoje nogi. Z mojej perspektywy, perspektywy przechodnia, jedyna różnica pomiędzy spacerem po SF a np. wędrowaniem po Beskidach była taka, że w SF byłem (jeszcze) trzeźwy… Zdecydowanie zasłużyłem, by odkurzyć i na nowo przypiąć sobie moją górską odznakę PTTK. Wysiłek jest nam jednak wynagrodzony. Po pierwsze, ulice są bardzo ładne, ciche i obsadzone stylowymi kamienicami. Przypominają stare miasto w Krakowie, lub do pewnego stopnia Amsterdam. Po drugie, każda górka ma swój szczyt, a gdy już go osiągniemy, w nagrodę ukaże się nam widok morza i panoramy całego miasta równocześnie. W czasie spaceru zauważymy również, że akompaniuje nam pewna subtelna, szczególna dla tego miasta melodia. To szum lin i ciche piski kołowrotów, które bez przerwy, na długości wielu kilometrów, podążają w kanałach pod jezdniami i chodnikami. To kolejna już wzmianka o kolejce linowej, obiecuję że ostatnia.

Usadowienie miasta na tak górzystym terenie i gęsta zabudowa doprowadziły do powstania wielu osobliwych miejsc. Legendarna, i wprost kuriozalna jest ulica Lombard street, której nachylenie sięga 29% (czyli 17°). Aby była przejezdna, droga ma postać ciasnego zygzaka z bardzo ostrymi zakrętami. Rzesze turystów w samochodach (koniecznie z wypożyczalni) codziennie próbują tam swoich zdolności precyzyjnego prowadzenia auta. Mnie z kolei krwi napsuła Chestnut street. Niby prosta kreska, lecz na mapie nie widać że w 3 miejscach kończy się ślepym zaułkiem, bo na drodze staje nam 30-sto metrowy uskok skalny…

Z perspektywy kierowcy ulice San Francisco wyglądają równie ciekawie. Są tylko dwie możliwości: albo mozolnie jedziemy pod górkę, i nie widzimy co jest przed nami. Dopiero zatrzymując się przed samym skrzyżowaniem, możemy sprawdzić czy droga wolna. Na szczęście w automacie nie trzeba ruszać z ręcznego. Z kolei jadąc w dół ulicy, widzimy wszystko, ale odpychamy się rękami od kierownicy, by nie wpaść twarzą na przednią szybę. Jak jest jakiś lepszy kozak, to może gwałtownie zahamować, sprawdzić czy tylne koła oderwą się od ziemi. W Prius’ie się odrywają…
Spacerując dalej, dotrzemy do Chinatown. Zupełnie inne miejsce niż to w NYC: bardziej przyjazne i turystyczne. Koniecznie trzeba się tam zatrzymać na dobre dim-sum i pobuszować po sklepach z pamiątkami. A nieopodal znajduje się jedno z głównych miejsc turystyczno-rekreacyjnych – promenada Embarcadero. Przechadzamy się wzdłuż nabrzeża, po lewej mijamy dzielnicę biznesową i drapacze chmur, po prawej zatokę i Oakland, a nad głową mamy mewy i monstrualny Oakland Bay Bridge. Tutaj zlokalizowana jest większość atrakcji. Np. stąd odpływają promy do Alcatraz.

Mnie najbardziej podobało się na molo 39 (Pier 39). Bardzo witalne miejsce, z barami, klubami i ulicznymi performerami. Relaks w dzień i zabawa w nocy. Można tam dostać próbkę słynnego SF blues’a .Specyficzne jest również to, iż tamtejsza marina jest siedliskiem godowym dla stada lwów morskich, które pozwalają się nieodpłatnie fotografować do woli. Fisherman’s Wharf (czyli przystań rybacka) to punkt obowiązkowy. Działa od początku istnienia SF i dziś 4 pokolenie rybaków używa nadal tej przystani i tych samych kutrów, by poławiać skarby okolicznych wód. Miejsce słynie z najlepszych restauracji rybnych i owoców morza w całym mieście. Przysmak lokalny: kraby Dungeness. A jak jesteśmy najedzeni, to i napić się będzie gdzie. Cudowne, klimatyczne miejsce, które wionie historią, jak i czasem morskim smrodkiem.

I tak czas miło minął i w środku nocy postanowiłem ruszać dalej. Generalnie, San Francisco bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Ma swój specyficzny klimat. Co ciekawe, nie przytłacza duchem wielkiej metropolii. Wprost przeciwnie, jest w nim taki dziwny spokój małego miasteczka. I wszystko jest w zasięgu pieszego przemieszczania się. Oczywiście nie udało mi się zobaczyć wszystkiego. Np. dziś żałuję, że nie odwiedziłem japońskiego ogrodu herbacianego. Ale to cena jaką się płaci za swobodne chodzenie po mieście bez kieszonkowego przewodnika w ręku. A moje przeoczenia to tylko dodatkowa motywacja, by tu jeszcze wrócić!

A dalej na północ od San Francisco rozciąga się winna kraina Nappa Valey. Niestety jest noc, do tego czas goni i degustacji wina tym razem nie będzie. I tak powoli opuszczam Kalifornię, stan który towarzyszył mi przez większość podróży. Doprawdy niesamowita kraina, tak wielka i tak różnorodna. Zaczęliśmy od pustyni, potem był ocean, były góry, stepy, a na ostatnim odcinku zalesiony krajobraz przypominał nasze Gorce. To również kraina kontrastów ludzkich. Tu koegzystują ludzie żyjący w blichtrze bogactwa, tacy których jedynym zmartwieniem jest jakość fal do surfowania, jak i bezdomni żyjący z dnia na dzień. Tu wreszcie zobaczyłem nowoczesną formę niewolnictwa. Jadąc samochodem mijałem dziesiątki plantacji, które w pełnym słońcu plewione były przez brygady meksykańczyków, dowożonych więźniarskimi autobusami.
To już za nami, teraz leniwie suniemy poprzez Oregon by przed nocą dotrzeć do Portland.

Wniebowzięty w Seattle

Oregon to kompletny spokój, to monotonne krajobrazy za szybą, które niewiele różniące się od np terenów wielkopolski. Ludzie są spokojniejsi i o wiele bardziej spragnieni kontaktu z allochtonem. Szybki postój na stacji benzynowej przeradza się w długą pogawędkę z pracownikiem obsługi. Stróże prawa również są bardzo mili. Wreszcie miałem się okazję o tym przekonać, gdy w Portland nie mogłem odnaleźć ulicy na którą miałem trafić (gps nie miał jej w rejestrze). Myśląc co tu zrobić, na parkingu przed sklepem zobaczyłem policjanta jedzącego pączki. Poprosiłem o pomoc, a on na 16-sto calowym monitorze w radiowozie wytłumaczył mi jak jechać (google maps to nic przy systemie jaki ma policja).

W tej części jednak nie będzie już opisów ani Portland, ani Seattle. Są zdecydowanie godne polecenia, ale po omówieniu L.A. i San Francisco już bym się tylko powtarzał. Poza tym, Seattle zostało wybrane przeze mnie jako ostatni punkt podróży z zupełnie innych powodów. Bo z czego słynne było to miasto zanim rozsławił je film „Bezsenność w Seattle”, tudzież serial „Chirurdzy”? …. Boeing Proszę Państwa. To tutaj, w 1916 roku powstało jego biuro konstrukcyjne. Dziś wokół jego pierwszego budynku utworzone jest muzeum lotnictwa. A tak się składa że ja podróżując po świecie, odwiedzam największe muzea tego typu. Więc oto przechadzam się po warsztacie gdzie strugano pierwsze drewniane samoloty. Zapach drewna i kleju stolarskiego pozostał tu do dziś. Niesamowity jest gabinet Williama Boeinga z wielkim biurkiem i deską kreślarską. W głównej ekspozycji mamy szereg atrakcji, z repliką samochodu księżycowego i Blackbird'em na czele. Ale największy smaczek stoi na zewnątrz – pierwszy Jumbo Jet który wzbił się w powietrze.

Ale i to muzeum nie było celem mojej podróży. Z wielkim podekscytowaniem zmierzałem do … Boeing’a. A dokładniej do jego fabryki w Everett pod Seattle. Firma jest tak dumna ze swoich osiągnięć, że organizuje wycieczki po swojej ogromnej hali montażowej, gdzie rodzą się największe Jumbo Jety, Boeingi 777 i Dreamlinery. Przy okazji największa hala montażowa jest de facto największym budynkiem świata (pod względem kubatury) – ma 1.5 km (!) długości, 600 m szerokości i 50 wysokości. Pomiędzy jego częściami pracownicy poruszają się shuttle busami! Wnętrze jest tak wielkie, że tuż po jego wybudowaniu, a przed uruchomieniem klimatyzacji, pod sufitem tworzyły się chmury i w środku padał deszcz!
I oto oglądam jak mrowie techników kłębi się wokół kolejnych gigantów przestworzy, coś, co do tej pory widziałem tylko na zdjęciach magazynów lotniczych. I tak niestety pozostanie. Przed wejściem należało oddać do depozytu wszelkie aparaty fotograficzne i telefony. Wszystkie obrazy z tego dnia pozostaną tylko w mej głowie. Tak samo jak uczucie że oto ziściło się kolejne marzenie z dzieciństwa…

Dalsza część pobytu w Oregonie miała bardziej prywatny charakter. To leniwe dni spędzane na urządzaniu barbecie z przyjaciółmi, na trawieniu ogromnych steków, krabów i talerzy mac&cheese. A wszystko zapijane wodnistym piwem Bud Light. Mam dobre wspomnienia z amerykańskich barów, fakt że barman prosi Cię o okazanie dokumentu potwierdzającego wiek działa budująco i odmładzająco.

I tak nadszedł czas, by wyruszać w drogę powrotną do domu. Za 28 godzin mój samolot odleci do Amsterdamu, a dzieli mnie od niego jeszcze 1850km. Zaczynamy powrotny maraton do Las Vegas. A w radiu kolejna stacja przypominająca nasze „Radio Maryja” z analizą biblii 24/7 (poza terenami zamieszkałymi tylko takie można złapać na FM-ie). Więc gdy kilometry powoli przeskakują na liczniku, myśli z przymusu odpływają do rozważań o życiu i śmierci. Jednak ja, zamiast na sensie całego życia, mogę się teraz skupić na sensie tych kilkunastu ostatnich dni. Najwyższy czas na:

Podsumowanie podróży

Zbierając myśli na temat mojej podróży, po pierwsze kreśli mi się w głowie mapka z trasą przejazdu. Liczbowo poszło mi całkiem niesamowicie – 7300 km przejechane w 13 dni. Czego liczby z pewnością nie odzwierciedlą, to różnorodność doświadczeń i odczuć o jakie ta wycieczka uczyniła mnie bogatszym. Z perspektywy samochodu, świat pozwala odkrywać się o wiele głębiej niż z okien samolotu, czy pociągu. Również z praktycznego punktu widzenia podróż przebiegła bardzo sprawnie (no - prawie). Tak jak pisałem wcześniej, Ameryka króluje pod względem infrastruktury drogowej, a co ważniejsze tej przydrożnej. Znalezienie motelu na nocleg i taniego wyżywienia nie stanowiło problemu. Zamierzenia zawarte w planach zostały zrealizowane w 100%, a do tego zmieściłem się w budżecie.

Zachodnie wybrzeże pozytywnie zaskoczyło mnie również znikomym stopniem „turystycznej tłumności”. Los Angeles było jedynym miejscem, gdzie napotkałem rzesze turystów w czapkach z daszkiem, kroczących tam, gdzie im przewodnik podpowie. Tymczasem przemierzając pustkowia Arizony i Nevady, pomimo iż nadal jesteśmy w zasięgu cywilizacji, możemy subiektywnie, a i fizycznie poczuć się samodzielnie i wyjątkowo niczym pionierzy zdobywający dziki zachód.

Skoro już weszliśmy w atmosferę partyjnej szczerości, to muszę wyznać, iż moja wycieczka miała również swoje plusy ujemne. A dokładnie to dwa, i paradoksalnie, były one już wymienione w linijkach powyżej. Po pierwsze, mój plan i realizacja były zbyt ambitne. Liczby nie kłamią, średnio dziennie musiałem wyrobić normę 500-600 km. A to sprawiło, iż lista miejsc, jakie rozmyślnie lub nierozważnie pominąłem po drodze, jest dwa razy dłuższa niż te, które odwiedziłem. Optymalnie wyprawa powinna była zakończyć się na wysokości San Francisco.

Po drugie: samotność długodystansowca. Chodzi o to, iż drogowa rzeczywistość to w dużej mierze auto-jadłodajnia-motel, i nie są to okoliczności sprzyjające poznawaniu nowych ludzi. No, chyba że ktoś wierzy w teledyski, w których na każdej drodze pośrodku niczego stoi samotna zagubiona autostopowiczka czekająca na wybawiciela. Wtedy tylko dopowiedziałbym, iż oczywiście Las Vegas wypełnione jest chętnymi laskami, a nie babciami z balkonikami i na kroplówce…
Ale żadne minusy nie przysłonią i nie odbiorą mi tych godzin spędzanych w lożach przydrożnych lokalnych knajpek, z dymiącymi naleśnikami przede mną, z krążącą bufetową jak z filmów, i dolewającą kawy. Na stole przemienionym w moje mini biuro, wodzę palcem po mapie, zastanawiam się gdzie i którędy dziś pojechać i co mnie tam spotka. Po to tylko, by kilka chwil później to zrealizować. Po drodze szczerze delektowałem się każdym wygwizdowem do jakiego trafiłem, cieszyłem się każdą minutą na poboczu drogi, z tego że jestem Tu i Teraz. Te uczucia zapamiętam na zawsze. Jak i ogromną satysfakcję, iż udało mi się samodzielnie zorganizować i przebyć taki kawałek świata. I nie zapomnę mojej niestrudzonej towarzyszki podróży Toyoty, w końcu spędzaliśmy ze sobą dnie i noce…

Do it yourself

Kończąc tą opowieść, mam nieodpartą pokusę by na chwilę przeobrazić się w wujka dobra rada. Poniżej kilka podpowiedzi jak się za taką wyprawę zabrać, i ile to będzie kosztować. Więc po kolei:
1. Przelot – jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił dlaczego wariacko wracałem do Vegas, to odpowiadam: tak było taniej. O jakieś 400EUR taniej. Vegas jest jednym z najpopularniejszych miejsc wakacyjnych w US, więc jest mnóstwo opcji czarterowych i wakacyjnych lotów, nie trzeba się ograniczać do regularnych linii. I tak lot zdezelowanym Boeingiem 767
Arkefly
w obie strony to 550EUR.
2. Samochód - to kolejna zaleta Vegas – każdy turysta potrzebuje tutaj samochodu, wiec tanie wypożyczalnie zlokalizowane są bezpośrednio na lotnisku. Najtańsze auto (Chevrolet Aveo) na 2 tygodnie kosztuje ~350EUR, pod warunkiem zwrotu w to samo miejsce. Wszystko również można załatwić online. Ja korzystałem z Alamo.
3. Benzyna - rozwiewając mity na temat cen paliwa w US: obecnie (czerwiec 2012) 1 litr bezołowiowej kosztuje równiutko dolara, czyli w oryginalnych jednostkach $3.76/galon. Najmniejsze auto zrobi około 35mil/galon, więc na taką wycieczkę potrzeba około $350 na paliwo. Mój Prius robił 56mil/galon (3.5l/100km) jednak wypożyczenie było o wiele droższe i oszczędności w paliwie nie wyrównały tej różnicy. Każdy musi to sobie sam przekalkulować.
4. Spanie – nie mogę powiedzieć, ile wydaje się w Vegas, bo mój hotel był za darmo. Natomiast na drodze każdy znajdzie coś dla siebie. Ja szczerze polecam sieć moteli Motel 6 albo Super 8. Oba znajdziemy w całej Ameryce i za $45 dostaniemy pokój z łazienką i WiFi.
5. Jedzenie – tu jest rozpusta za pół darmo. „Śniadanie”(które starczy na cały dzień) w typowym dinerze to $16.
6. Prawo jazdy - każdy stan ma osobne przepisy, co do respektowania europejskiego dokumentu. Kiedyś chciało mi się szukać informacji na ten temat, ale praktyka jest inna. Jeździłem samochodem po 13stu stanach i nikogo nie obchodziło, łączne z policjantem, jakie mam prawo jazdy.
7. Wiza – i tu mogę tylko życzyć powodzenia, a każdemu, kto udaje się do dowolnego konsulatu amerykańskiego powiem tylko Ty który tam wchodzisz, żegnaj się z godnością osobistą

Epilog

Obudziłem się z drzemki na zaginionej autostradzie. Tak, udało mi się ją znaleźć 200mil od Las Vegas, to stanówka 58 między Mojave, a Barstow w Kalifornii. W środku nocy przez 2h nie minęło mnie tam żadne auto. Do wypożyczalni samochodów w Vegas dotarłem o 8:30 rano, po 25h w drodze. 10h lotu powrotnego przebiegło szybko, natomiast odsypianie jetlagu zajęło mi jeszcze dobry tydzień. Wreszcie zebrałem się do rozpakowywanie plecaka. Sukcesywnie przebijałem się przez warstwy prezentów, słoików masła orzechowego i owsianki (uzależniłem się w czasie poprzedniego pobytu) i innych podróżnych bibelotów. I gdy dotarłem już prawie do dna plecaka, mym oczom ukazała się mała, obca mi karteczka. Na niej komunikat w języku angielskim i hiszpańskim od Transportation Security Administration. Na powyższym, TSA uprzejmie informuje mnie że mój bagaż został skrupulatnie sprawdzony przez jednego z ich oficerów (biedny gość), wszystko to w imię mojego własnego bezpieczeństwa i nieustających wysiłków Stanów Zjednoczonych do wprowadzenia pokoju na całym świecie. Ech, jak tu nie kochać Ameryki…

Fotorelacja z wyprawy:

Część 1
Część 2

Autor:
Niepoprawny optymista i bezkompromisowy oportunista. Doktor nauk technicznych i emigrant z zamiłowania. Poszukiwacz zaginionej cząstki Higgsa i podróżnik w wolnych chwilach. Dla przyjaciół Księżna, gdyż od wawelskiego smoka mieszkał nieopodal!