RPA

Published by Duch Tułaczki on pon., 08/20/2012 - 13:54 in

Tags 

Afryka, RPA
Wybrzeże Kapsztadu widziane z katamaranu

Lądujemy na wysokości 1753m n.p.m. w centrum kraju, którego powierzchnia porównywalna jest z większą częścią Europy. Szybko w samolocie przebieramy się z zimowych swetrów i dżinsów w krótkie szorty. Po niemal 11 godzinnym locie nogi wydają się ciężkie, a głowa wciąż kiwa się od niewyspania i płaczu dzieci w samolocie. Wreszcie upragniona pieczątka w paszporcie i ruszamy na podbój południowo-afrykańskiej przyrody!

Zanim jednak doszło to tej wspaniałej wycieczki poprzedziły ją chyba najkrótsze przygotowania w mojej podróżniczej karierze. Wynikało to z bardzo prostej przyczyny - cały wyjazd był przedsięwzięciem mojego znajomego, który podał mi tylko datę, w jakiej mam zarezerwować sobie urlop. Również rodzaj wyjazdu należał raczej do luksusowych, chociaż wszystko organizowaliśmy sami. Przelot w dwie strony był na trasie do Johannesburga i powrotny z Kapsztadu. Między tymi miastami skorzystaliśmy z lokalnej sieci 'tanich lotów', które rezerwowaliśmy już będąc na miejscu. Również wynajem auta, jest rzeczą bardzo użyteczną i tanią w kraju Nelsona Mandeli, gdyż odległości są znaczne, a transport publiczny dla obcokrajowców nie należy do najbezpieczniejszych.

Chciałbym tutaj zaznaczyć, że byliśmy pół roku przed mistrzostwami świata w piłce nożnej i po rozmowach z wieloma osobami mieszkającymi od lat w RPA, dowiedzieliśmy się, że bezpiecznie jest tylko w głównych miejscach turystycznych, aczkolwiek kieszonkowcy są wszędzie! Wieczorowa lub nocna pora nie powinna Państwa zachęcać do długich spacerów. Osobiście byłem zaproszony na dyskotekę znajdującą się 5 minut spacerem od naszego hotelu, gdy stwierdziłem, że się przejdę, od razu zostałem poinformowany, że muszę wziąć taksówkę lub własne auto! Przytoczę tutaj historię mojego znajomego, który jest częstym gościem w tej odległej krainie. Mianowicie, zdarzyło mu się wziąć udział w ulicznej strzelaninie, a raczej leżał przyklejony do asfaltu w nadziei, że żadna zbłąkana kula go nie dosięgnie. Również dla mnie było zaskoczeniem, że spora część zamożnych ludzi w RPA nosi przy sobie broń - nasz gospodarz raz nawet chciał jej użyć do zatrzymania samochodu, który przez przypadek zaczął staczać się z wniesienia. Było to spowodowane nieroztropnością kierowcy i pozostawieniu auta na wybiegu. Jednak w tym przypadku byłem szybszy i udało mi się zatrzymać auto i ocalić opony.

Wyjazd był w typowo męskim gronie. Pozostawiając kobiety na europejskim lądzie, pięciu krzepkich mężczyzn postanowiło spędzić ten czas na dobrej zabawie i nie oszczędzaniu swojego zdrowia! Jak wspomniałem wyżej przylot był do największego miasta w kraju, które liczy nieoficjalnie ok. 8 000 000 ludzi w obrębie metropolitalnym - slamsy na przedmieściach miasta wydawały się nie mieć końca. Zaraz po wynajęciu samochodu i zapakowaniu swoich bagaży skierowaliśmy się do pierwszego miejsca noclegowego na obrzeżach miasta. Gdy dotarliśmy panował już lekki półmrok (zachód słońca jest bardzo raptowny na tej szerokości geograficznej), co jednak nie zniechęciło nas żeby popływać w basenie i zrelaksować się po długiej podróży. Ośrodek, w którym się zatrzymaliśmy wyposażony był w kuchnię czynną całą noc, więc zamówienie na ciepłe kanapki z frytkami po 2 w nocy nie było zaskoczeniem dla kucharza. Należy zaznaczyć, że był to prawie środek lata w RPA, natomiast w Europie - zimy. Mimo szoku temperaturowego nasze ciała bardzo szybko się zaaklimatyzowały.

Rano, po kolejnych dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na ranczo, na którym spędziliśmy połowę naszego pobytu. Takie ranczo różni się znacząco od tego, które znamy w Europie, a tym bardziej telewizyjnego serialu. Proszę sobie wyobrazić teren o powierzchni niewiele mniejszej niż miasto Kielce, w pełni ogrodzone, dwiema siatkami, zakończonymi drutem kolczastym pod prądem. Dopiero wtedy zrozumiemy ogrom przestrzeni w tym kraju. Na terenie rancza znajdują się trzy ośrodki wypoczynkowe, mały szpital dla zwierząt i budynki dla pracowników. Po ogrodzonych terenach spaceruje ponad 300 antylop różnych odmian, kilka żyraf, hipopotamy, nosorożce, prawdopodobnie trzy gepardy oraz wiele innych zwierząt, których nie sposób wymienić. Na miejscu mamy do dyspozycji szofera, który wozi nas po ranczu i opowiada, o zwierzynie, na którą polujemy obiektywami naszych aparatów. W ciągu dnia schładzamy się w basenie, sącząc drinki przygotowane przez kelnerów, którzy wywodzą się z plemienia Zulu.

Każdy, kto wybiera się do RPA musi mieć w planie wyjazd do parku Krugera, który rozciąga się wzdłuż granicy z Mozambikiem - należy o nim wiedzieć tyle, że jest najstarszy, najpiękniejszy, najsłynniejszy - poprostu naj. Akurat dzień przed naszym planowanym wyjazdem przeszły obfite opady, które spowodowały małą powódź, co oznaczało wysyp komarów, które nie znają przebaczenia - bardzo duże ryzyko zarażenia się malarią! Dlatego też zdecydowaliśmy się jeden dzień spędzić w centrum rozrywki dla dużych chłopców, czyli.... w kasynie! ...dłuższa pauza... Po przegraniu przeznaczonych kwot i spotkaniu leciwych staruszków z Polski wróciliśmy do naszego osobistego kucharza (pastor Jehowy, a jednocześnie gej - dziwne połączenie, jednak jak się okazuje - możliwe) na kolejną porcję wyśmienitych steków. Następny dzień, z racji zmiany planów, zdecydowaliśmy się spędzić na safari, próbując okiełznać jazdę na słoniach. Po bliskim spotkaniu z tymi potężnymi i muskularnymi zwierzętami zdaliśmy się jednak na przewodników, którzy okładając pałką zakończoną 4 cm grotem głowę słonia, próbowali przekonać, aby szły wyznaczoną trasą bez podjadania okolicznych drzewek.

Po bliskim obcowaniu z naturą na ranczu pod Johannesburgiem przemieściliśmy się do Kapsztadu - miasto typowo europejskie z dobrymi restauracjami, pięknym wybrzeżem, z deptakiem i królującą nad okolicą Górą Stołową. Miasto jest położone bajkowo z idealną scenerią dla amatorów fotografii. Zapomniałem dodać, że podczas naszego pobytu odbywała się olimpiada zimowa w Vancouver, więc noce mieliśmy raczej nieprzespane, jako że żywo interesowaliśmy się zmaganiami Justyny Kowalczyk i Adama Małysza. Pomimo przebywania w hotelu, który szczycił się kilkoma gwiazdkami przy nazwie, spotkało nas niemałe zaskoczenie, kiedy to w nocy, odpadła część podwieszanego sufitu w łazience. Przy tej okazji wyszło na jaw, że w pokoju mamy współlokatora – karalucha, który zresztą zaraz potem zginął śmiercią tragiczną od uderzenia polskim klapkiem (wyprodukowanym prawdopodobnie w Chinach).

Wyprawa na Przylądek Dobrej Nadziei jest wpisana w każdy przewodnik po Republice Południowej Afryki. Aby się tam dostać należy zarezerwować sobie około godziny jazdy autem. Sam przylądek to rezerwat z ochoczo wskakującymi na samochód małpami, strusiami spacerującymi między ludźmi po plaży, dużą ilością ptactwa i zapierającymi dech w piersiach widokami. Ciężko jest opisać słowami klify wysokie na 100 metrów, plaże kamieniste bądź piaszczyste, przed którymi wyrosłe głazy absorbują siłę fal. Wszystko to przy pięknym słońcu i wiatrach walczących o strefy wpływów w tym punkcie łączenia się oceanu indyjskiego z Atlantykiem budzi nie lada podziw. Dla amatorów historii, polecam zgłębienie wiedzy o tym, jak ważne było to miejsce nie tylko podczas okresu II WŚ, ale również wcześniej, gdy nie funkcjonował jeszcze Kanał Sueski. Każdemu tułaczowi znajdującemu się w tym wspaniałym miejscu, polecam użycie dużej ilości kremów do opalania z wysokim faktorem.

Podobnie należy się zabezpieczyć na zwiedzanie Góry Stołowej i okolicznych wzgórz (Lion's Head oraz Signal Hill). Na każde wzniesienie możemy się dostać o własnych siłach, jednak polecam użycie auta, aby wyjechać na LH oraz SH, a na szczyt płaskiej jak stół góry kursuje kolejka linowa. Raz jeszcze widoki onieśmielą nas, a słońce będzie prażyć niemiłosiernie. Jeśli ktoś lubi długie spacery, to takowy może odbyć po szczycie Góry Stołowej, gdzie przygotowanych jest kilka kilometrów ścieżek, wraz z opisami występującej tam przyrody. Panorama na centrum miasta z nowowybudowanym stadionem na mistrzostwa świata w piłce nożnej, oraz wyspą-więzieniem, gdzie przetrzymywany był Nelson Mandela, ukazuje długą drogę, jaką przeszedł ten kraj przez ostatnie 20 lat.

Transformacja, jaka dokonała się w ostatnich latach jest ogromna, jednak konflikty i rozwarstwienie społeczne jeszcze bardziej się nasiliło. W trakcie funkcjonowania apartheidu segregacja rasowa była bardzo daleko posunięta. Osoby czarnoskóre pracujące w mieście musiały opuszczać je na noc, nie mogły jeździć tymi samymi autobusami, przebywać na tych samych plażach, czy nawet używać tych samych drzwi, przeznaczonych wyłącznie dla białych. Mieszkania znajdowały się na przedmieściach w nowo wybudowanych, murowanych osiedlach. W tym momencie osiedla te zamieniły się w slamsy, ciągnące się wzdłuż granic miast. W Kapsztadzie jest to prostokąt o bokach około 10 i 40 kilometrów. Blaszak przy blaszaku, bez kanalizacji, prądu i bieżącej wody. Jako ciekawostkę dodam, że w wielu przypadkach mieszkanie tam jest wolnym wyborem ludzi, których nie zmusza do tego sytuacja materialna czy obostrzenia prawne - widocznie taka się wytworzyła kultura.

Osiedla bogatych mieszkańców Republiki Południowej Afryki są zazwyczaj odgrodzone od innych części miast. Za 3 metrowym murem zwieńczonym przewodami pod prądem oraz drutem kolczastym znajdują się baseny, równo przycięte trawniki i uśmiechnięte twarze dzieci ich właścicieli, pilnowanych pod czujnym okiem kamer ochrony. Pomimo, że oficjalnie segregacja rasowa to przeszłość w RPA, to jednak na każdym kroku możemy zauważyć jej wpływy - pracę fizyczną wykonują wyłącznie osoby czarnoskóre, w restauracji gośćmi są osoby białe, itp. Sytuacja geopolityczna jest w kraju napięta, a prezydent Jacob Zuma (z oskarżeniami o korupcję oraz gwałt) nie pomaga w budowaniu obywatelskiego społeczeństwa. Należy również nadmienić, że przynależność plemienna jest bardzo ważna dla obywateli tego kraju. Dwie główne grupy stanowią Zulusi i Khosa, a każda charakteryzuje się swoim językiem, kulturą i obyczajami.

Podsumowując, był to jeden z tych wyjazdów, które ciężko będzie zapomnieć przez długi czas. Kultura i sposób życia są bardzo odległe od znanych nam w Europie. Zawiłości historyczne komplikują ten obraz jeszcze bardziej, a możliwość bycia zastrzelonym we własnym aucie lub pożartym przez krokodyle jest równie prawdopodobna. Na potwierdzenie tych słów dodam, że w drodze na ranczo znajdował się ogrodzony 1,5 metrowym murkiem niewielki staw. Był on wypełniony ok 30 sztukami krokodyli. Niejednokrotnie zatrzymywaliśmy się popatrzeć na te bestie, jednak zrezygnowaliśmy po zauważeniu dziury w miejscu gdzie dopływała świeża woda do zbiornika...

 

Odnośniki