Rumunia

Published by Борис on ndz., 09/09/2012 - 20:03 in

Tags 

Europa, Rumunia

To miał być rok spokojnego zapoznawania się z maszyną. Jako świeżo upieczony motocyklista miałem w planie zwiedzać małopolskie okolice i nabierać niezbędnych doświadczeń, aby może za rok albo za dwa wyruszyć na dłuższą wyprawę. Nie wytrzymałem, potrzeba odczucia emocji towarzyszących zagranicznym wyjazdom zwyciężyła.

Specyfika podróżowania motocyklem skłania do poszukiwania w pierwszej kolejności pięknych tras, a dopiero potem szybkich. Wydawało się, że taką właśnie znalazłem.

Transfăgărășan

Szosa Transfogarska, to potoczna nazwa drogi krajowej 7C przecinającej Góry Fogarskie - najwyższe pasmo Karpat w Rumunii. Zbudowana została za panowania Nicolae Ceaușescu jako szybka przeprawa przez góry dla wojsk, na wypadek inwazji ze strony Związku Radzieckiego. Nie trzeba tu dodawać, że podczas budowy nie specjalnie liczono się z kosztami.

Przygotowania

Właściwie ich nie było. Decyzja o wyjeździe zapadła tydzień wcześniej. W zupełności wystarczyło to, aby wymienić cały sprzęt kempingowy na ... lżejszy. To co łatwo wrzucić do bagażnika czasami nijak nie chce się dać przytroczyć do kufra. Plan był prosty. Jedziemy powoli przed siebie, a jak zaczyna brakować nam sił albo robi się późno, to szukamy noclegu i odpoczywamy. Zanosiło się na niezłą przygodę, ale skoro na co dzień mam mniej lub bardziej zaprogramowane życie, to zaplanowane (zaprogramowane) wakacje były ostatnią rzeczą o jakiej marzyłem. Z okresu przygotowawczego żałuję tylko tego, że nie wystarczyło czasu na to by więcej poczytać o miejscach, do których się udawaliśmy. Z głową pełną negatywnych stereotypów wyruszam wraz z moją dziewczyną Kingą na terapię, która miała nas z nich ostatecznie wyleczyć lub je potwierdzić.

Dzień 1: Ucieczka z kraju

Nie specjalnie lubię wstawać z samego rana. Tak też było i tym razem. Za Krakowem spotykamy się ze znajomymi, którzy odholowali nas do Zakopanego. Na Krupówkach ostatni raz byłem jako małe dziecko i nic z tego nie pamiętam. Natrafiła się okazja aby to nadrobić. W sumie to nie ma o czym pisać. Prędko tam nie wrócę. To miejsce stało się ofiarą własnej popularności i straciło klimat przez bardzo agresywny i tandetni handel. Posilamy się kwaśnicą, żegnamy znajomych i trochę zawiedzeni ruszamy na Słowację.

Po przekroczeniu granicy ruch kołowy prawie całkowicie zamiera. Można część uwagi skierować na podziwianie widoków. Podczas wyjazdu na motocyklu, urlop nie zaczyna się w momencie dojechania na miejsce, ale już w trakcie jazdy. Zaczynamy realnie odpoczywać.

Od ostatniego mojego wyjazdu na Słowację minęło już ładnych parę lat. Na szczęście wielu znajomych udzieliło mi niezbędnych do przetrwana rad w stylu: "Uważaj. Słowacka policja poluje na Polaków", "Zawsze miej kilka euro na łapówki" itp. Prawda okazała się zupełnie inna. To co przeżyłem jadąc przez Słowację mógłbym podsumować słowami: szok kulturowy. W terenie zabudowanym każdy jedzie 50 km/h, nie 60, nie 55, a dokładnie 50. Kierowca, który próbuje się wyłamać od razu wyróżnia się z tłumu i jest łakomym kąskiem dla lokalnych stróżów prawa. Jazda dłużyła się, ale była bezpieczna i bezstresowa. Mijaliśmy kilka patroli i żaden nas nie zatrzymał, wystarczy się przestawić na cywilizowany styl jazdy.

Kończy się benzyna. Oznacza to, że nawinęliśmy już ok. 350 km. Tankujemy przed miastem Michalovce. Niedaleko jest atrakcyjne wypoczynkowo jezioro Zemplínska šírava. Docieramy na pole namiotowe, o zgrozo po zmroku. Niestety, na miejscu nie ma nikogo przy bramie. Na drzwiach wywieszony jest numer telefonu właściciela. Dzwonimy, ale jego głos jest jakiś niewyraźny i nie jest to spowodowane różnicą językową. Po chwili ktoś podchodzi i po prostu unosi szlaban. Mówi żebyśmy wjechali, a on da znać właścicielowi. Rozbijamy namiot i szybko zasypiamy.

 

Dzień 2: Weźcie moje pieniądze

Nie. Nikt nas nie napadł. Wstaliśmy jak nigdy około siódmej rano. Okazuje się, że była jakaś impreza i reszta osób z pola namiotowego jeszcze chwilę pośpi. Mamy czas. Prysznic, pakowanie, a właściciel dalej śpi. Rozgrzewam silnik przy wyjeździe z pola i dalej nikt się nie zjawia. Pukam do budki. Nikogo nie ma. Nie możemy dłużej czekać i jedziemy w dalszą trasę. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że nie zapłaciłem tych dziewięciu euro.

Docieramy do Tokajskiego regionu winiarskiego. Krajobraz mocno się zmienia, zwłaszcza po węgierskiej stronie. Po raz pierwszy odczuwamy, że oddaliliśmy się od znanych nam krajobrazów. W miasteczku Tokaj ma miejsce jakiś festiwal. Uciekamy, ale z postanowieniem powrotu.

Z krótkim postojem na odpoczynek w Debreczynie, docieramy do granicy z Rumunią na wysokości miasta Oradea. Odprawa okazała się formalnością. Zaopatrujemy się w lokalną walutę. Stosunek lei do złotówki jest zbliżony do jedności, więc nie trzeba podczas płacenia zbytnio się wysilać z przeliczaniem.

Oradea wita nas nieco postindustrialnym klimatem. W przeciwieństwie do nieco leniwych (upodabniających się do Austrii) Węgier sporo się dzieje. Korki, remonty, skąd ja to znam. Aha, już wiem. Czuje się prawie jakbym wrócił do domu. Taka jest prawda, czy nam się to podoba, czy nie, to Rumunia jest dużo bardziej podobna do Polski, niż Polska na przykład do Niemiec.

Pierwszą ciekawostką z jaką się stykamy jest specyficzna kultura drogowa Rumunów. Jeśli jakiś samochód wyjeżdża z ulicy podporządkowanej i nie ma idealnej widoczności to po prostu trąbi i jedzie. Taki system wzajemnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem może i jest skuteczny, ale dla osoby która jest przyzwyczajona, że odgłos klaksonu wiąże się raczej z poważnym zagrożeniem na drodze, nieco ciężko się przyzwyczaić i uspokoić przy okazji. Kolejną ciekawostką są ołtarzyki w samochodach. Rzecz kojarząca się raczej z Indiami albo Turcją. Ołtarzyki są popularne głównie w dostawczakach, tirach i starych daciach, których jeszcze sporo jeździ. Dacia 1300 przypomina mi o czasach kiedy nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu były polonezy i maluchy.

Jedziemy w kierunku miejscowości Hălmagiu, gdzie rzekomo w okolicznej wsi znajduje się jeden z nielicznych w tym kraju kampingów. W Rumunii popularne są biwaki na dziko, niestety prawie wszędzie są tego dowody w postaci śmieci. Jak widać na razie duża część tamtego społeczeństwa nie docenia tego, że poza porządkiem na własnym podwórku fajnie jest jak okolica też jest czysta. Ostatnie dwadzieścia kilometrów przed wspomnianą wcześniej miejscowością jest piekielnie kręta droga, po której szaleją lokalni kierowcy tirów. Nie ma mowy o spokojnym pokonywaniu kolejnych zakrętów i trzeba się streszczać, aby nie zostać zepchniętym z drogi. Docieramy do wsi Hălmagel bardzo wyczerpani. Perspektywa zimnego piwa trzyma nas jeszcze przy życiu. Niestety, wspomniany kemping jest opuszczony, a na jego terenie znaleźliśmy jedynie ślady niedawnej libacji alkoholowej. Postanawiamy zasięgnąć języka w sklepiku. Sprzedawcami są ludzie w bardzo podeszłym wieku. Angielski odpada, podstawowe zwroty po rosyjsku też nie dają żadnych efektów. Po chwili zjawia się dobrze ubrany mężczyzna po czterdziestce i zagaduje po francusku, języku równie mi obcym jak chiński. Mija kolejne piętnaście minut i zjawia się syn tego człowieka. Udaje nam się względnie dogadać z nastolatkiem po angielsku. Postanawiają nas doprowadzić jak nam się wydawało na najbliższy kemping. Wsiadamy na motocykl i podążamy za czarnym Jeep'em w nieznane. Kamping okazał się motelem, ale i tak byliśmy bardzo wdzięczni za całkowicie bezinteresownie okazaną nam pomoc.

Nie mam przesadnych lęków przed kradzieżą. Nie mieliśmy też jakiś specjalnie cennych rzeczy ze sobą, ale utrata jedynego środka transportu w obcym kraju nie byłaby niczym przyjemnym. Żywcem nie było do czego przypiąć motocykla, a po okolicy po pijaku zaczynali jeździć lokalni młodzi gniewni w starych daciach i mercedesach po przejściach. Na szczęście żona właściciela motelu zaproponowała nam wprowadzenie na noc motocykla do magazynka. Mogliśmy się w spokoju przy piwku integrować z pozostałymi gośćmi motelowej knajpy, którymi byli w większości kierowcy tirów oraz starsi mieszkańcy okolicy. Nie omieszkali zaznajomić nas z tym co się pije i czego się słucha w tym regionie, a pije się głównie piwo i samogon sprzedawany przy drodze. Słucha się na przykład Puiu Codreanu. Enjoy.

Dzień 3: Transylwania

Po pierwszym dniu, w którym spotkała nas masa życzliwości, nabraliśmy bardzo pozytywnego nastawienia na dalszą drogę. Wypoczęci bez problemu docieramy do Sibiu. Po drodze przejeżdżaliśmy przez coraz to biedniej wyglądające rumuńskie wsie. O ile regiony miejskie i podmiejskie niewiele różnią się od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni, to jednak wsie sprawiają wrażenie znacznie uboższych. Rumuni za czasów panowania Ceauşescu zostali doprowadzeni do życia w skrajnej nędzy z wyłączeniem dyktatora i jego najbliższych współpracowników. Nie minęło widocznie jeszcze dosyć czasu aby najbiedniejsze regiony zmieniły swoje oblicze w wyraźniejszy sposób. Mimo wszystko to przejazdy przez biedne, ale kolorowe obszary wiejskie wspominam jako jedną z największych atrakcji wyjazdu. Uśmiechnięci ludzie często pozdrawiają motocyklistów. Domy pomalowane są czasami na bardzo jaskrawe kolory bez ładu i składu. Coś w stylu: "mam trochę farby to coś pomaluję", ale jeśli prawie wszyscy w okolicy hołdują tej stylistyce to wbrew pozorom ciekawie i dobrze to wygląda. Przed domkami ustawione są ławki, na których siedzi starszyzna, coś jak u nas na blokach w oknach, tyle że jawnie i w towarzystwie. Przede wszystkim wsie "żyją", a nasze sprawiają już wrażenie mocno wyludnionych.

Jeśli kogoś na trasie złapie nagłe pragnienie lub głód, to można zatrzymać się na arbuza u jednego z przydrożnych sprzedawców, przy czym arbuzy nie są rozkrojone jak u nas w supermarketach, a sprzedawane są w całości. Przed zakupem sprzedawca okrągłym nożem wycina rożek i podaje do oceny. Podczas takich postojów ludzie, a zwłaszcza dzieci z zaciekawieniem przyglądają się obładowanemu motocyklowi. Jest to zrozumiałe ponieważ spotkanie turystycznego motocykla w Rumunii oznacza na 95% motocyklistę z zagranicy. Przed wyjazdem spotkałem się z opowieściami o tym, że dzieciaki będą próbowały zwędzić coś z motocykla. Nic takiego nie miało miejsca.

W Rumunii przepisy drogowe nie są tak rygorystycznie przestrzegane jak na Słowacji, ale większość kierowców przejeżdżając przez tereny zabudowane zwalnia. Jeśli będziemy chcieli jechać, jak to u nas jest w zwyczaju, cały czas co najmniej dziewięćdziesiątką, to może nas czekać niemiła niespodzianka za zakrętem w postaci wozu konnego lub krów odprowadzanych na pastwisko.

Z Sibiu już tylko 40 kilometrów do upragnionej trasy numer 7c. Na drodze można spotkać coraz więcej motocyklistów. Dosłownie zjeżdżają się tu z całej Europy. Zatrzymujemy się na zakręcie prowadzącym na 7c. Znak drogowy informuje o tym, że po trasie wolno się poruszać jedynie w godzinach 7-21. Szosa jest również nieprzejezdna poza najcieplejszymi miesiącami z powodu zalegającego śniegu. Jesteśmy na prawie płaskim terenie, a przed nami wyrasta jakby nagle, pasmo gór Fogarskich. Doskonałą widoczność tego dnia sprawia, że już sama jazda w kierunku gór dostarcza niesamowitych wrażeń. Wzdłuż drogi płynie potok przy którym na dziko rozbitych jest sporo namiotów. Jest niesamowity upał, ale wraz z wjazdem w góry miało być już tylko chłodniej.

Droga wpada do lasu i zaczyna piąć się w górę. Z początku nie jest zbyt ciekawa ze względu na zasłaniające widoki drzewa. Docieramy do pensjonatu Balea Cascada, przy którym jest niewielkie targowisko nastawione na turystów. Można tu na przykład kupić pluszową owcę, dokładnie taką samą jak na Krupówkach. Kinga ma kryzys. Oświadcza żebym pojechał na górę, zobaczył co chcę zobaczyć, a ona tu na mnie poczeka. Niedorzeczność tej propozycji uświadomiła mi, że mój "Plecaczek" jest już naprawdę zmęczony. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. W pewnym momencie przekraczamy linię drzew i naszym oczom ukazują się widoki, po które tu przyjechaliśmy. W internecie można spotkać opinie, że ta trasa to nic szczególnego, ale moim zdaniem to jak mówienie, że film, który prawie wszystkim się podoba i zdobył masę nagród mnie się akurat nie podoba - taki ze mnie koneser. No cóż, nie mam zamiaru być snobem i napiszę, że wrażenia z przejazdu trasą transfogarską były większe niż się spodziewałem. Część trasy biegnąca ponad linią drzew ma prawie 20 km. długości, a my zatrzymujemy się prawie na każdym punkcie widokowym.

Zaczyna robić się późno. Zatrzymujemy się jeszcze na zaporze nad jeziorem Vidraru i zaczynamy powoli myśleć o noclegu. Na szczęście kilka kilometrów dalej natrafiamy na pierwsze w tym kraju pole namiotowe. Koszt za dwie osoby i motocykl to ok. 5 zł, a po drugiej stronie ulicy knajpka. Idealne zakończenie dnia.

Dzień 4: Twierdza Hrabiego

Dzień odpoczynku od motocykla zaczynamy od porannej kawki w miejscu, gdzie poprzedniego wieczoru raczyliśmy się zimnym piwkiem. Gospodarz świetnie mówi po angielsku i po chwili wywiązuje się dłuższa rozmowa. Zdradzamy, że wybieramy się do zamku Poenari. Nasz rozmówca wyraźnie się ożywia i opowiada nam historię zamku i jego zarządcy Vlada Tepesa zwanego również Draculą. Wiemy już, że zamku nie możemy sobie odpuścić, gdyż po powrocie zostaniemy przepytani z wrażeń.

Zamek, a raczej jego ruiny znajdują się na wzniesieniu. Na tej ciężkiej co dla niektórych trasie można spotkać gramolących się turystów z Polski czy Włoch, ale jest również sporo osób z Turcji. Na górze znajduje się między innymi ekspozycja narzędzi tortur. Vlad Tepes albo inaczej Wład Palownik znany jest poza Rumunią głównie ze swojego okrucieństwa, ale w opowieściach naszego gospodarza został przedstawiony jako bohater broniący Wołoszczyzny przed Turkami, a na pale nadziewał tylko wrogów i zdrajców. Ot jak postrzeganie historii zależy od doboru słów i punktu siedzenia.

Na szczęście zejście z górki jest łatwiejsze i szybsze. Posilamy się w restauracji przy drodze do zamku. Wbrew kawałom o Rumunii jakie krążą po Polsce, to jest to kraj z bardzo dużą ilością restauracji, knajp, barów itp. Zarówno tanich, jak i drogich i z reguły jest w nich sporo gości, co dobrze o nich świadczy. Raczej turystom śmierć głodowa tutaj nie grozi, a i lokalni nie wyglądają na zabiedzonych.

Po obowiązkowej kawce i zdaniu relacji z wypadu, wracamy w najwyższe punkty trasy. Pozdrawiamy grupkę motocyklistów na jednym z punktów widokowych, po czym sami postanawiamy się zatrzymać na kolejnym. Mijana grupa nas dogania i zatrzymuje się obok. Okazuje się, że są z Polski i mają zamiar biwakować w najbardziej atrakcyjnej widokowo części trasy. Sami mieliśmy zamiar przespać się z owcami, a teraz było jeszcze lepiej, bo w grupie i raźniej i bezpieczniej. Wieczorkiem była bardzo przyjemna i bezwietrzna pogoda jak na tą lokalizację. Rano dziękowałem sam sobie, że porządnie przyłożyłem się do wbijania śledzi i podkładania kamieni pod nóżkę motocykla.

Dzień 5: Lokalny watażka

Z żalem musimy się rozstać z górami i kierować do domu. Wybieramy trasę powrotną przez Kluż. Niestety, docieramy do miasta w strugach deszczu i nie jesteśmy w nastroju na zwiedzanie. Gdzieś pomiędzy Kluż, a Zalau podejmujemy decyzję, że dalej w tych warunkach nie da się już jechać i przemoczeni lądujemy w pierwszym motelu. Znowu nie ma do czego przypiąć motocykla, ale właściciel ze spokojem oświadcza, że jego gości nikt tu nie tknie. Poczułem się jakbym był goszczony przez samego Dona Corleone. Nawet fizyczne podobieństwo było uderzające.

 

Dzień 6: Tokaj

Świetna pogoda sprzyja dłuższemu pokręceniu się po Satu Mare, a jest tam na czym oko zawiesić. Miasto ma swoją historię sięgającą roku 972, a obecnie jest akademickim i biznesowym centrum północno zachodniej Rumunii.

Przekroczenie granicy z Węgrami okazało się tak samo bezbolesne, jak w przeciwną stronę. Spokojnie docieramy do Tokaju, który po wyjeździe z Rumunii sprawiał wrażenie bardzo sennego i spokojnego miejsca. Kolorowe szaleństwo i uderzające kontrasty z poprzedniego kraju zastępuje zachodnio-europejski ordnung. Na szczęście wina jest tam pod dostatkiem.

 

Dzień 7: Piekiełko

Na Słowacji znowu dopada nas deszcz. Tym razem udaje się nam jednak uciec z pod chmury. Granicę z Polską przekraczamy w Koniecznej. Zrelaksowany po jeździe na Słowacji muszę przełączyć się na tryb polski o czym przypomina mi pierwszy napotkany samochód. Nasza przygoda kończy się szczęśliwie w Tarnowie.

Podsumowanie

Nawinęliśmy na koła 2229 km. Żyjemy, nikt nas nie okradł, a napotkani ludzie byli życzliwi i pomocni. Wyleczyliśmy się z krzywdzących dla Rumunii stereotypów. Niestety, te niepochlebne opinie o tym kraju są u nas tak mocno zakorzenione, że kiedy opowiadam znajomym o swoim wyjeździe, to często odpowiadają, że mieliśmy po prostu szczęście. Dlatego każdemu polecam aby pojechał i przekonał się sam.

Odnośniki